„Lord Of The Dance. Dangerous Games” (Kraków 2017)
"Lord Of The Dance. Dangerous Games" (Cracow 2017)

Siedząc na płycie TAURON Areny w Krakowie, rozglądam się wokoło. Większość miejsc tu jest już zajęta, ale na trybuny ciągle napływają ludzie… O! Ktoś usiadł w rzędzie przede mną. Mimowolnie uśmiecham się pod nosem, wyrażając w duchu wdzięczność za to, że udało mi się zdobyć miejsce, z którego będę dobrze widzieć scenę ustawioną na środku stadionu – siedząc tam na górze nie widziałabym prawie nic. No, ale spektakl jeszcze się nie zaczął. Hm… W zeszłym roku minęło 20 lat od pierwszego wystawienia „Lord Of The Dance”, i z tej okazji powstała nowa, zmieniona wersja: „Lord Of The Dance. Dangerous Games”. Właśnie to, a nie „oryginał”, mam teraz zobaczyć. Ciekawe, jakie będą różnice. Wykonanie Michaela Flatleya (założyciela grupy tańczącej LOTD i pierwszego odtwórcy roli tytułowej) i jego pierwszej grupy znam niemal na pamięć, oglądałam je na płycie, którą dostałam jeszcze jako mała dziewczynka. Właśnie, jedyne co wiem z pewnością to to, że obsada będzie inna, ale wiedziałam o tym już od dawna. Przecież jeszcze przed powstaniem tej wersji LOTD tancerze zmienili się przynajmniej kilka razy…
Kilkanaście minut później gasną światła. Kobiecy głos uprzejmie prosi widzów, aby nie korzystali z telefonów. Tak, tak, wiem! Już mnie o tym informowano wtedy, kiedy tu weszłam. Wzdycham i wbijam wzrok w scenę i znajdujący się na niej ekran multimedialny. Nagle nieomal podskakuję – pierwotna wersja przedstawienia nie posiadała „intra”, a teraz właśnie coś takiego pokazuje się na tym ekranie. Mały chłopiec wpatruje się w tarczę zegara, próbuje przesunąć wskazówki, ale nie może do nich doskoczyć; wyraźnie się niecierpliwi. Z boku podchodzi do niego mężczyzna, dziecko na migi pokazuje mu o co chodzi i już po chwili zostaje uniesione w górę. Gdy wskazówki, przesunięte naprzód dziecięcą rączką, stają na pełnej godzinie, scena zmienia się. Z głośników płynie głos Flatleya. Krótkie migawki z występów, dobrze znane melodie… Po raz kolejny uśmiecham się do siebie. Marzyłam o obejrzeniu tego przedstawienia na żywo od bardzo dawna, nawet kiedy już wiedziałam, że nawet gdyby mi się to udało, nie zobaczyłabym już ani Flatleya, ani nikogo innego z pierwotnej obsady.
„Intro” znika, na scenę wchodzi niska postać w złotym kostiumie jednoczęściowym – „Złoty Duszek”, który, wbrew określeniu, jest rodzaju żeńskiego. I znów jestem zaskoczona: ekran rozbłyska czerwoną poświatą i pojawia się na nim… No właśnie, co to jest? Robot? Nie, wygląda raczej jak jakaś istota z obcej planety, albo raczej hologram takiej istoty. O! Trochę tak, jakby Jane, sztuczna inteligencja z „Sagi Endera” O. S. Carda* stworzyła sobie twarz kosmity czy robota męskiego rodzaju i dobrała do tego nieprzyjemny, mechaniczny głos. Stworzenie nabija się z „Duszka” i „a young pretender” („młodego symulanta”, w domyśle tancerza, który aktualnie gra tytułową rolę spektaklu), po chwili znika. O ile „Duszka” doskonale pamiętam z tego, co widziałam na płycie, o tyle tego mechanicznego dziwadła z pewnością tam nie widziałam. Let the show begin! przechodzi mi przez głowę. Wpatruję się w scenę, zatracając się w muzyce i rytmie wybijanym przez twarde buty tancerzy i tancerek. Szybkie ruchy nóg i wysokie podskoki, charakterystyczne dla tradycyjnego tańca irlandzkiego, są tak hipnotyzujące, że przez całe 90 minut przedstawienia odrywam wzrok od tego co dzieje się przede mną zaledwie kilka razy.
Kiedy show się kończy, nie mogę się otrząsnąć. Różnic było całkiem sporo: dodane sceny, zmieniona choreografia w niektórych z tych, które znałam z oryginału, nowa muzyka… No właśnie, nowa muzyka! Jedyne utwory, które pozostały niezmienione, to melodia grana na flecie przez „Złotego Duszka” oraz ten charakterystyczny motyw pojawiający się za każdym razem, kiedy Lord Of The Dance tańczy swoją solówkę (czyli kilka razy w ciągu całego spektaklu, tak samo jak ta druga melodia). Zaskoczyło mnie to, ale w sumie dość przyjemnie, bo ten nowy soundtrack dobrze współgrał z nową stylistyką całości. Kolejną zmianą było wprowadzenie dużej ilości animacji wyświetlanych na tym ekranie z tyłu sceny. No i kostiumy, kostiumy! Wszystko razem spowodowało, że „Lord Of The Dance. Dangerous Games” wyglądało jak „Lord Of The Dance” osadzone w realiach science fiction. Skojarzenie z twórczością O. S. Carda, które “kwiknęło we mnie wielkim głosem” – jak mogłaby to ująć jedna z moich ukochanych autorek, Joanna Chmielewska** – już na początku, utrzymało się właściwie przez większą część akcji. Emocje jakie odczuwałam podczas oglądania mogę porównać jedynie do tego, co czułam kiedy po raz pierwszy obejrzałam LOTD na płycie… Ci z was, drodzy czytelnicy, którzy poznali mnie osobiście, wiedzą, że jeśli coś mnie pasjonuje lub cieszy, to nie mogę przestać o tym mówić. A skoro przez ostatnich kilka dni moja rodzina i znaczna część znajomych ciągle słyszała nawiązania do tego show, to… No właśnie. Z pewnością łatwo się domyślić, jak bardzo musiało mi się to spodobać. Ale żeby przekonać się dlaczego tak się stało, koniecznie powinniście sami zobaczyć „Lord Of The Dance. Dangerous Games” – żadne opowieści nie oddadzą całej magii tego cudownego show.

*Recenzja pierwszej części Sagi Endera do przeczytania tutaj: http://monikacisek.pl/gra-endera-orson-scott-card/

** Recenzje książek Chmielewskiej, które do tej pory umieściłam na tej stronie:

„Wszystko czerwone”, Joanna Chmielewska

„Całe zdanie nieboszczyka”, Joanna Chmielewska


http://monikacisek.pl/joanna-chmielewska-florencja-corka-diabla/

„Krokodyl z Kraju Karoliny”, Joanna Chmielewska


http://monikacisek.pl/szajka-bez-konca-joanna-chmielewska/

Sitting on the pitch of TAURON Arena in Kraków, I look around. Most of the places here are already occupied, but the people are still flooding in… O! Someone sat down in the row in front of me. I smile to myself involuntarily, expressing gratitude in my mind for the fact that I had managed to get a place where I could see the scene in the centre of the stadium – sitting there upstairs I could hardly see anything. Well, but the spectacle has not started yet. Hm… Last year 20 years have passed since the first performance of „Lord Of The Dance”, and for this occasion, a new, revised version was created: „Lord Of The Dance. Dangerous Games”. It is this, and not the „original” that I’m about to see. I wonder what the differences will be. The performance of Michael Flatley (the founder of the LOTD dance group and the first actor of the title role) and his first group I know almost by heart, I watched it on the CD which I got as a little girl. All I know for sure is that the cast will be different, but I’ve known about that for a long time. Even before the release of this version of LOTD the dancers have changed at least several times…
Several minutes later the lights go out. The female voice kindly asks the viewers not to use the phones. Yes, yes, I know! I was informed about that when I came here. I sigh and stare into the stage and the multimedia screen on it. Suddenly I almost jump up – the original version of the show had no „intro”, and now just something like this shows on this screen. The little boy stares at the face of the clock, tries to push the hands, but cannot jump up to them; he’s obviously impatient. A man comes to him from the side, the child shows him what he is up to with gestures and then he is lifted up. When the hands, moved forward with the child’s hand, stand at the full hour, the scene changes. Flatley’s voice is heard through the speakers. Short still-frames of performances, well-known melodies… Once again, I smile to myself. I have been dreaming of watching this show live for a long time, even when I already knew that even if I had managed, I would not have seen either Flatley or anyone else from the original cast.
„Intro” disappears, a small figure in a gold one-piece costume gets onto the stage – „Gold Spirit”, which, contrary to the term, is female*. And I’m surprised again: the screen flashes red and… Well, what is it that appears on it? A robot? No, it looks rather like a creature from an alien planet, or rather a hologram of such an entity. Oh! It is as if Jane, the artificial intelligence from O. S. Card’s Enderverse**, created a face of aliens or robots of the male gender and had an unpleasant, mechanical voice go with that. The creature pokes fun of „Spirit” and „a young pretender” (implicitly a dancer who currently plays the title role of the show), after a while it disappears. As much as I remember the „Spirit” from the CD, I certainly did not see that mechanical freak there. Let the show begin! passes through my head. I stare at the stage lost in the music and rhythm beat by the hard shoes of male and female dancers. The rapid movements of the legs and the high jumps characteristic of traditional Irish dance are so hypnotic that for the whole 90 minutes of the show I look away from what is happening in front of me just a few times.
When the show ends, I cannot recover. There were quite a few differences: added scenes, changed choreography in some of the ones I knew from the original, new music… Well, new music! The only songs which were left unchanged are the melody played on the flute by the „Golden Spirit” and this characteristic motif emerging every time Lord Of The Dance dances his solo (i.e., several times throughout the show, just as well as the second melody). It surprised me, but overall it was nice because this new soundtrack was in good harmony with the new style of the whole. Another change was the introduction of a large number of animations displayed on this screen at the back of the stage. And costumes, costumes! All together caused that „Lord Of The Dance. Dangerous Games” looked like „Lord Of The Dance” set in science fiction reality. My association with the work of O. S. Card, which „squealed in me in a great voice” – as one of my beloved authors, Joanna Chmielewska***, could say – already at the beginning, has survived for most of the action. The emotions I felt during watching can only compare to what I felt when I first saw LOTD on the CD… Those of you, dear readers, who have come to know me personally, know that if something fascinates or pleases me, I cannot stop talking about it. speak. And since in the last few days my family and a large number of my friends have still heard the references to this show, then… well. It’s easy to imagine how much I liked it. But to find out why this happened, you should definitely see „Lord Of The Dance. Dangerous Games” yourselves – no story will give the magic of this wonderful show.

* In the Polish language the word „Duszek” – meaning either „Little Spirit” or „Little Ghost” – indicates male gender no matter if we mean the spirit/ghost of the person who was male or female when they were alive

** The review of the first part of Enderverse can be read here: http://monikacisek.pl/gra-endera-orson-scott-card/

*** The reviews of Chmielewska’s books which I’ve published on this website to date:

„Wszystko czerwone”, Joanna Chmielewska


http://monikacisek.pl/cale-zdanie-nieboszczyka/

„Florencja córka Diabła”, Joanna Chmielewska

„Krokodyl z Kraju Karoliny”, Joanna Chmielewska

„Szajka bez końca”, Joanna Chmielewska