“Czarodziejska kraina”, Monika Cisek
"A magical land", Monika Cisek

Opowiadanie to napisałam na konkurs “Na tatrzańskim szlaku”, ten sam, na który wysłałam “Górski Raj” – tyle, że rok później (w roku szkolnym 2011/2012, a więc będąc w III klasie gimnazjum). Tematem tej edycji konkursu był – jak napisano później w książce “Dziesięć lat na tatrzańskim szlaku”: “zachwyt, pasja, i miłość do Tatr, refleksja nad pięknem i magią tego wyjątkowego miejsca, stosunek człowieka do darów natury oraz perspektywy i zagrożenia górskiej przyrody.” Pisząc swoje opowiadanie, wybrałam jeden z kilku dostępnych tematów: opis Tatr za 150 lat (czyli w roku 2152). Stąd też pojawiające się nawiązania do technologii, która nie istnieje w naszych czasach i wspomnienia o tym, że znane nam tworzywo nie jest już używane, a poeta Adam Asnyk nie żyje od 300 lat.

IMG_20160918_201643[1]

Książka “Dziesięć lat na tatrzańskim szlaku”, w której opublikowano “Czarodziejską krainę

Hura! Udało mi się zakwalifikować do projektu „Z naturą na TY” z okazji Europejskiego Dnia Parków Narodowych! Wybrani uczniowie zostali podzieleni na grupy i mają pojechać w różne strony Polski. Ja wraz z trójką moich przyjaciół i opiekunem zostałam przydzielona do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Naszym celem jest zebranie materiałów na temat ochrony środowiska i atrakcji przyrodniczych Polski. Na bazie zebranych informacji stworzymy program, który nadamy w szkolnej telewizji.

Jesteśmy w siedzibie TPN i oglądamy symulacje edukacyjne.

– Zaklepuję lawinę! – krzyczy Bartek.

– Ej! Zaczekaj! – ciągnie mnie za ramię Ola. – Burza jest moja! Idź gdzie indziej – denerwuje się na mnie.

Uśmiecham się lekko i kieruję się do symulatora „Spotkanie z dzikim zwierzęciem”. Włączam urządzenie i wokół mnie natychmiast pojawiają się drzewa i krzewy. Widzę też, że grunt z mojej prawej strony wznosi się i mam wrażenie, że stoję przy zboczu góry. Słyszę śpiewające ptaki i szum liści nad głową. Nagle za mną rozlega się trzask złamanej gałązki. Odwracam się i… widzę niedźwiedzia! Kolana mi się uginają, ale prawie natychmiast reaguję zgodnie z tym, co czuję. Wiedziona strachem zaczynam uciekać. Zauważam grunt szybko przesuwający mi się pod nogami. Nagle czuję oddech niedźwiedzia na karku. Zaczynam biec szybciej i w tym momencie przede mną pokazuje się holograficzny ekran. Las znika i przestrzeń wokół mnie wypełnia czerwone światło. Gdzieś z tyłu wydobywa się dźwięk alarmu. Na ekranie pokazuje się wiadomość: „BŁĄD! Niedźwiedzie biegają z prędkością do 50 km/h. Nie masz szans uciec. Próbujesz jeszcze raz?” Wyciągam rękę do ekranu, który po chwili rozpływa się w powietrzu. Znów znajduję się w lesie, ale teraz wygląda on nieco inaczej: krzewów jest więcej, a jodły rosną rzadziej. Nie widzę też zbocza. Po kilkunastu sekundach słyszę kroki. Odwracam się ostrożnie – tak, to niedźwiedź. Tym razem hamuję strach i zaczynam powoli przesuwać się do tyłu. Jednocześnie mówię cicho:

– Dobry niedźwiedź. Spokojnie, już sobie idę. Tylko mnie nie atakuj.

Zwierzę patrzy na mnie przez chwilę, a potem odchodzi. Leśna sceneria natychmiast zostaje zastąpiona zielonym światłem. Znów pojawia się ekran a na nim informacja: „Dobry wybór. Niedźwiedzie nie atakują, jeśli nie czują się zagrożone lub sprowokowane. Chcesz spotkać inne zwierzę?” Przesuwam ręką poziomo przed sobą i obraz znika. Wychodzę z symulatora i sprawdzam, czy mogę wejść do innego. Po chwili widzę, że ktoś wychodzi z symulatora „burzy”. Postanawiam zająć miejsce tej osoby i wchodzę do pomieszczenia. Włączam symulację. Od razu otacza mnie górski krajobraz: ostre, szare szczyty stojące dumnie jak żołnierze na ćwiczeniach. Czuję, że mam coś na plecach. Co to? Aha, plecak. To dobrze, przyda się. W tej chwili widzę, że przede mną pojawia się dobrze mi znany ekran. Napis na nim głosi: „Zaraz zacznie się burza. Zrób to, co uważasz za słuszne, ale uważaj na pioruny!”. Dotykam ekranu – o ile hologramu można dotknąć – i nagle czuję, że jest mi zimno. Spoglądam w górę, na „niebo”: brr, ale chmury! Rozglądam się i widzę – a raczej CHYBA widzę, bo widoczność ogranicza wiatr wiejący w oczy i powodujący łzawienie – schronisko. Niestety, jest ono zbyt daleko, żeby szybko do niego dojść. Mimo wszystko zaczynam iść, ale już po chwili muszę się zatrzymać – zaczyna padać ulewny deszcz. Szybko zdejmuję plecak, przeszukuję zawartość. Uff, jest peleryna. Szybko nakładam ją na siebie. Kładę plecak na ziemi i siadam na nim. I dobrze robię, bo wokół mnie rozgrywają się dantejskie sceny. Nieliczne drzewa, chłostane wiatrem, uginają się gwałtownie. Deszcz falami uderza o ziemię. Co jakiś czas w pobliżu mnie uderza piorun – jasne pasmo na tle ciemnego nieba, szarych gór i burego gruntu. Grzmoty są tak głośne, że zaczynam się bać o swój słuch. „Błagam, niech to się skończy” – myślę w duchu, gdy kolejny podmuch wiatru przysuwa do mnie falę kropli wody. Nagle tuż koło mnie z hukiem upada złamane przez wiatr drzewo. Z trudem powstrzymuję się od ucieczki i krzyku – wiem, że to nie jest dobry pomysł i powinnam raczej dziękować Bogu, że nie spadło na mnie. Po chwili, gdy już prawie umieram na zawał ze strachu, wszystko znika: drzewa, peleryna, plecak… Z trudem przypominam sobie, że to była tylko symulacja. Pokój wypełnia teraz zielone światło, a komunikat na ekranie głosi: „Dobra robota! Nigdy nie stawaj pod drzewami lub skałami podczas burzy. Próbujesz jeszcze raz?”. Nie decyduję się na powtórkę. Usuwam ekran i wychodzę z pomieszczenia.

„Do zapamiętania: nigdy nie iść w góry przy pochmurnej pogodzie!”, stwierdzam w duchu. W tym momencie słyszę obok siebie głos:

– Hej, co oglądałaś?

Obracam się zdziwiona. Przy mnie stoi Szymon, chłopak z mojej grupy.

– Najpierw „spotykałam dzikie zwierzę”, a potem byłam w symulatorze burzy. A ty? – pytam. „Spotkanie z wilkiem albo czymś podobnym?”, dodaję w myślach. Szymon to zapalony miłośnik zwierząt.

– Lawinę. I za żadne skarby nie pójdę w zimie w góry, jeśli nie będę miał plecaka antylawinowego.

– Czego? Co to jest? – pytam zaskoczona. Nigdy o czymś takim nie słyszałam.

– Plecak antylawinowy chroni twój kręgosłup w razie przygniecenia lawiną. Zakładasz go na plecy i jak cię zasypie, to on automatycznie wypuszcza coś podobnego do poduszki powietrznej. Masz zapewnione miękkie lądowanie zamiast urazu – śmieje się chłopak.

– A jak to jest być zasypanym przez lawinę? – zadaję kolejne nurtujące mnie pytanie.

– Strasznie. Śnieg wyciska powietrze z płuc, więc człowiek szybko zaczyna się dusić. Poza tym nie można mieć otwartych oczu, bo od razu ma się uczucie jakby się do nich nalała bardzo duża ilość wody. No i jest jeszcze ten lęk, czy ktoś cię znajdzie zanim umrzesz – bo jest przecież możliwość, że nie zdążą przyjechać na czas i zginiesz, zanim cię wyciągną.

Na twarzy mojego kolegi maluje się strach i smutek, zupełnie, jakby mówił o prawdziwej sytuacji. A przecież to była tylko realistyczna symulacja! Cóż takie chwile wcale nie są miłe – nawet, jeśli nie są prawdą. Myślę, że przeżycia, które zagwarantowały nam dzisiaj te elektroniczne urządzenia, spowodują, że już raz na zawsze każdy z nas zapamięta jak należy zachowywać się w górach.

            Zabieramy ekwipunek i całą grupą zbieramy się przy wyjściu. Pan Tomek, nasz opiekun, mówi:

– Dzisiaj zrealizujemy trasę numer dziesięć. Wyruszamy z Kuźnic, przejdziemy przez przełęcz między Wielką Królową Kopą, a Małą Królową Kopą. Następnie pójdziemy do Doliny Gąsienicowej i zrobimy postój, a później przejdziemy przez Zawrat. Zakończenie wędrówki będzie w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich.

Pan Tomek włączył urządzenie stojące obok niego i w powietrzu pojawiła się holograficzna mapa Tatr. Wyświetliła się także „klawiatura” z cyframi od 0 do 9. Mężczyzna nacisnął „klawisze” 1 i 0, a na mapie zajaśniała niebieska linia z zaznaczonymi punktami. Każdy z nich był opisany nazwą miejsca.

– Dobrze, moi drodzy. Teraz przyłóżcie ręce do tego czytnika – odezwał się opiekun, pokazując urządzenie stojące po jego drugiej stronie. – Dzięki temu dowiecie się, czy wydolność waszego organizmu jest wystarczająca, abyście mogli sprawnie zrealizować zaplanowaną trasę. Nie chcę, żeby po kogoś musiał przylatywać prom ratunkowy.

Posłusznie wykonaliśmy polecenie. Na szczęście nikt nie musiał zostać w Kuźnicach, więc szybko ruszyliśmy w drogę. Gdy mijaliśmy stację promów pasażerskich usłyszałam ciche, zjadliwe mruknięcie pana Tomka:

– Huty Hamerskie… Też pomysł!

– Przepraszam, o jakich hutach pan mówi? Jesteśmy w Kuźnicach! – zdziwiłam się.

– To jest pierwotna nazwa Kuźnic: Huty Hamerskie. Pierwsze wzmianki na ich temat pochodzą z XVIII wieku. Wtedy była tu huta żelaza – źródło późniejszych kłopotów Tatrzańskiego Parku Narodowego.

– Jak to? Jakich kłopotów? – zapytałam.

– Aby zapewnić paliwo do pieców, wycinano lasy. Robiono to także wtedy, gdy huta została zamknięta – tym razem na potrzeby wytwórni papieru. Natomiast od 1889 r. zaczęto odnawianie lasu, ale z tym też wiązały się problemy, które ciągną się do dzisiaj.

– Dlaczego?- dopytywała się Ola. Ją też, tak jak mnie zaciekawiła ta opowieść.

– Ponieważ nasadzano głownie świerki. Zupełnie nie liczono się z tym, że środowisko górskie nie jest jednolite. Jednak świerk nie ma łatwo w naszych górach: niszczą go silne wiatry oraz pasożytujące na nim grzyby.

– Wiatry? – teraz to Szymon był zdumiony.

– Tak. Korzenie świerka tworzą rodzaj tarczy, która nie utrzymuje ich mocno w glebie. To powoduje, że wiatr o odpowiedniej sile może wyrwać drzewo z ziemi – wyjaśnił pan Tomek.

            Słuchając opowieści opiekuna nawet nie orientuję się, że weszliśmy już do lasu. Zauważam to dopiero, gdy słyszę szum liści nad głową. Rozglądam się. Rzeczywiście, świerk nie jest już dominującym drzewem: udaje mi się rozpoznać buki i jodły. Po chwili czuję, że zrobienie kolejnego kroku wymaga coraz większego wysiłku – teren zaczyna się intensywnie wznosić.

– Proszę pana, czemu ziemia tutaj jest bordowa? Kogoś tu zamordowano? – pyta nagle Ola.

– Nie, nie! To od związków żelaza w glebie. Nikt nie stracił tutaj życia, nie musisz się martwić – opiekun zdaje się być lekko rozbawiony.

            Zmęczenie daje nam się we znaki, a przecież to dopiero Skupniów Upłaz. Jednak pan Tomek jest nieubłagany:

– Postój robimy dopiero w Murowańcu, więc przebierajcie nogami – inaczej nie dojdziemy tam do jutra! – śmieje się.

Ja tymczasem rozglądam się uważnie. Czuję się jakbym była w raju: wokół mnie rozpościera się piękny widok na Kopieńce i Polanę Olczystą. W dali widzę też Sołtysie Kopy.

            Docieramy do Przełęczy między Kopami. Moją uwagę od razu zwraca Giewont. „Śpiący rycerz” wyraźnie odcina się od bezchmurnego nieba i wygląda tak, jak gdyby zapraszał turystów do położenia się obok. Nagle Szymon mówi:

– Zobaczcie, na tej skale coś jest! – pokazuje głaz odległy o kilkanaście metrów. Wszyscy, włącznie ze mną, od razu wyciągamy zoomcamy. Zakładamy je i spoglądamy tam, gdzie pokazuje Szymon. Urządzenia szybko dostosowują przybliżenie i ostrość.

– To jaszczurka żyworodna… a właściwe „jaszczur”, bo to samiec – mówię.

– Skąd wiesz? – zaciekawia się pan Tomek.

Wiem jednak, że udaje – w końcu jest przewodnikiem tatrzańskim i z pewnością zna jaszczurki lepiej niż ja.

– Ma pomarańczowy brzuch. To typowe ubarwienie godowe samca – tłumaczę bardziej grupie niż jemu.

– A wiesz, czemu ona jest „żyworodna”? – pyta jeszcze raz.

– Dlatego, że rodzi żywe młode. Jest to przystosowanie do życia w wysokich partiach gór – tu rozwój poza ciałem matki jest niemożliwy. Jest za zimno.

– Tak, to prawda. A swoją drogą to prawdziwy szczęściarz z tego zwierzaka – spotkał nas, a nie… żmiję zygzakowatą. Gdyby to z nią się zetknął, już by nie żył.

– Czemu? Czy żmije jedzą jaszczurki? – tym razem to ja pytam. Nigdy o tym nie słyszałam.

– Tak. Ale żywią się też drobnymi gryzoniami, takimi jak ryjówki.

– Tylko nie gryzoniami! Ja mam w domu świnkę morską! – niemal płacze Ola.

– Nie denerwuj się… Nic jej przecież nie grozi – uspokajam koleżankę.

W tym czasie pan Tomek zastanawia się nad czymś. Po chwili pyta:

– Kto z was wie, co nazywamy „wstęgą Kaina”?

– Ja, ja! To ta linia na ciele żmii. Właśnie dzięki „wstędze Kaina” można ją odróżnić od innych węży – wyrywa się Szymon.

            Ruszamy dalej. Po obu stronach ścieżki rosną połacie kosodrzewiny. W pewnej chwili Ola woła:

– Hej, co to jest?

– Co takiego? Gdzie? – dopytuje pan Tomek.

– To, co wystaje z ziemi – pokazuje dziewczyna. Rzeczywiście: pół metra od niej w glebie tkwi dziwny przedmiot wyglądający jak butelka. Nie jest ona jednak zrobiona z żadnego znanego mi materiału.

– To butelka z polipropylenu, ale jej właściciel od dawna nie żyje. Tego tworzywa nie produkuje się od ponad stu lat – pan Tomek jest wyraźnie smutny. Z trudem wyciąga przedmiot i chowa go do plecaka.

– Czemu ona tu jest? – zastanawiam się głośno. – Dlaczego ktoś ją rzucił na ziemię?

– Jeszcze w XXI wieku nie tylko w Tatrach, ale w całej Polsce olbrzymim problemem było to, że ludzie wyrzucali śmieci poza miejscami do tego przeznaczonymi. Nie mieli świadomości, jak bardzo szkodzą w ten sposób planecie – tłumaczy opiekun. – Dopiero gdy powstały urządzenia, które umożliwiają odnalezienie ostatniego użytkownika danego produktu sytuacja uległa zmianie. To wyjątkowo skutecznie odstrasza „śmieciuchów”.

W nieco zepsutych nastrojach ruszamy dalej.

– Widzę schronisko! – woła po pewnym czasie Bartek.

– No nareszcie! Padam z nóg – Ola jest wyraźnie uradowana. I nie tylko ona – cała nasza grupa jest już głodna. Wkrótce lokujemy się przed Murowańcem. Mój wzrok przyciąga tablica poświęcona Adamowi Asnykowi. Mimowolnie przypominam sobie fragment jego wiersza:

„Wyzłocone słońcem szczyty

Już różowo w górze płoną

I łagodnie lśnią błękity

Nad pogiętych skał koroną.”

– Jak jest to możliwe, że wiersz sprzed trzystu lat tak dokładnie opisuje ten krajobraz? – myślę i dzielę się swoimi spostrzeżeniami z panem Tomkiem.

– To dzięki idei ochrony przyrody. Gdyby nie utworzono tu parku narodowego to dzisiaj być może biegłaby tędy promostrada.

– Oj, proszę nie mówić takich rzeczy! Jeszcze będą mi się śniły koszmary.

            Pełni energii ruszamy w dalszą drogę. Naszym kolejnym celem jest Czarny Staw Gąsienicowy. Gdy już do niego dochodzimy, spoglądam na ciemną toń.

– Pani od plastyki byłaby zachwycona – myślę. Tak intensywne kontrasty nie zdarzają się często: grafitowy odcień skał i zieleń kosodrzewiny obok ciemnej, prawie czarnej wody wygląda wprost bajecznie! Wierzyć mi się nie chce, że ludzie wprowadzili tu kiedyś kaczkę krzyżówkę. Ingerencja w ten piękny krajobraz to przecież zbrodnia! Na szczęście nie udało się też zamienić tego miejsca w staw rybny. Dobrze, że ludzie są dziś bardziej świadomi wartości walorów naturalnych naszej planety.

            Prawie nie mamy już czasu na oglądanie widoków – trasa robi się coraz trudniejsza. Musimy bardzo uważać – każde złe postawienie nogi grozi uszkodzeniem ciała. Szczęśliwie dla nas w bardziej niebezpiecznych miejscach umieszczone są łańcuchy i klamry. Gdy na chwilę zatrzymujemy się na skalnej półce, moją uwagę przykuwa czerwona plama przesuwająca się w oddali. Zakładam zoomcam i rozpoznaję pomurnika. Ptak wspina się po pionowej ścianie, co chwilę lekko podlatując.

– Ciekawe, czy się nie męczy… – myślę. Jednocześnie stwierdzam, że górale mieli rację nazywając pomurnika „motylem”. Ruch jego skrzydeł w połączeniu z ich jaskrawymi plamami bardzo upodabnia go do tego owada.

            Po długiej, męczącej wędrówce już nawet nie myślę o odpoczynku. Moje ciało zdążyło się przyzwyczaić do przesuwania się w pionie. Wszechobecny widok skał zdaje się tak normalny, jakby towarzyszył mi od zawsze. Nagle wszystko się zmienia… Moim oczom ukazuje się ogromna przestrzeń. Mam wrażenie, że jestem w miejscu idealnym, doskonałym, cudownym. Przesuwam wzrokiem po Gerlachu, Rysach, Szpiglasowym Wierchu… Staram się utrwalić w pamięci tą niezwykłą kompozycję gór, chmur i nieba.

            Schodzimy już do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Ten fragment trasy jest zdecydowanie łatwiejszy. Ze szlaku widzimy kolejno: Zadni Staw, Wole Oko, Wielki Staw i Przedni Staw. Przy tym ostatnim znajduje się miejsce naszego noclegu.

            Dzisiejszy dzień uświadomił mi, że pomimo rozwoju cywilizacji potrzebne są miejsca, gdzie przyroda nie nosi śladów działalności człowieka. Jestem pewna, że jeszcze wiele razy wrócę do tej „czarodziejskiej krainy alpejskiej”. Sprawiła ona, że określenie „ochrona przyrody” nabrało dla mnie nowego znaczenia – dominuje w nim słowo ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

 I wrote the story for the competition “On the Tatra route”, the same fot which I’d sent “Mountain Paradise” – but a year later (in the 2011/2012 school year, so being in the third year of junior high). The theme of this edition of the competition was – as stated later in the book “Ten years on the Tatra route”: “delight, passion, and love for the Tatra Mountains, a reflection on the beauty and magic of this unique place, the relationship of man to the gifts of nature and the prospects and risks of mountain nature.” When writing my story, I chose one of several available themes: a description of the Tatra Mountains in 150 years’ time (i.e. in 2152). Hence the emerging references to the technology that does not exist in our times and mentioning that the material known to us is no longer used and the poet Adam Asnyk was dead for 300 years.

IMG_20160918_215224[1]

“Taterki” (“The little Tatra Mountains”), a magazine in which “A magical land” was also published

Hooray! I succeeded in qualifying to the project “Addressing nature BY NAME” for European Day of the National Parks! The chosen students were divided into groups and are to go to different parts of Poland. I, together with my three friends and a supervisor, was assigned to the Tatra National Park. Our goal is to collect materials on environmental protection and natural attractions of Poland. On the basis of the information gathered, we’ll create a program that we are going to transmit in the school television.

We are at the headquarters of TNP and we watch the educational simulations.

“I take an avalanche!” shouts Bartek.

“Hey! Wait!” Ola pulls me by the arm. “The storm is mine! Go somewhere else,” she gets angry at me.

I smile slightly and head to the simulator “Meeting with a wild animal.” I turn the machine on and the trees and bushes immediately appear around me. I also see that the ground on my right side rises and I feel that I am standing at the side of a mountain. I hear birds singing and leaves rustling overhead. Suddenly, the sound of a branch being broken reverberates behind me. I turn around and… I see a bear! My knees bend, but I almost immediately react according to what I feel. Driven by fear, I begin to run. I notice the ground quickly moving under my feet. Suddenly, I feel the bear’s breath on my neck. I start to run faster and at this moment a holographic screen appears in front of me. The forest disappears and the space around me  is filled with red light. Somewhere in the back the alarm comes off. A message appears on the screen: “ERROR! Bears run at speeds up to 50 km/h. You have no chance to escape. Are you trying again?” I stretch my arm out towards the screen, which melts in the air after a while. Again, I find myself in the woods, but now it looks a bit different: there are more shrubs and the firs grow more frequently. I don’t see the slope either. After a few seconds, I hear footsteps. I turn around carefully – yes, that’s a bear. This time I hold the fear back and begin to move back slowly. At the same time I say quietly:

“Good bear. Relax, have a go. Just don’t attack me.”

The animal looks at me for a moment, then walks away. The forest scenery is immediately replaced with the green light. Again, the screen appears, and a message on it: “Good choice. Bears do not attack unless they feel threatened or provoked. Do you want to meet other animal?” I move my hand horizontally in front of myself and the image disappears. I go out with a simulator and check if I can go to another one. After a while, I see that someone comes out of the simulator of the “storm”. I decide to take the place of that person and walk into the room. I turn the simulation on. At once I am surrounded by mountain landscape: the sharp, gray peaks standing proudly like soldiers on exercises. I feel that I have something on my back. What is it? Ah, a backpack. That’s good, it will be useful. At the moment I see that in front of me the well known to me screen appears. The inscription on it reads: “The storm is about to start. Do what you think is right, but watch out for lightings!” I touch the screen – if you can touch a hologram – and suddenly I feel that I’m cold. I look up at the “sky”: ugh, what the clouds! I look around and I see – or rather, I THINK I see, because the visibility is limited by the wind blowing in the eyes and causing tearing – the shelter. Unfortunately, it is too far to be reached quickly Despite everything, I start walking, but after a while I have to stop – it begins to rain heavily. I take my backpack off quickly, I search through the contents. Phew, a cape. I put it on myself quickly. I put my backpack on the ground and sit on it. And I do well, because all around me the hair-raising scenes are going on. The few trees, switched with the wind, bend sharply. The rain hits the ground in waves. Once in a while a lightning strucks near me – a bright band on a background of dark sky, gray mountains and gray ground. The bangs are so loud that I begin to fear for their hearing. “I beg of you, let it be over,” I think in my mind, when another gust of wind moves a wave of water drops towards me. Suddenly, right next to me a tree broken by the wind falls down with a bang. I barely resist the temptation to flee and scream – I know it’s not a good idea, and I should rather thank God that it didn’t fall on me. After a while, when I’m almost dying of a heart attack from fear, everything disappears: the trees, the cape, the backpack… I barely remember that it was only a simulation. The room is now filled with the green light, and the message on the screen says: “Well done! Never stand under trees or rocks during a storm. Are you trying again?”. I don’t decide for the replay. I delete the screen and leave the room.

“To remember: never go to the mountains on a cloudy day!” I say in my mind. At this point, I can hear a voice next to me:

“Hey, what did you watch?”

I turn around, surprised. Szymon, a boy from my group, is standing next to me.

“First, “I met a wild animal,” and then I was in the simulator  of the storm. And you?” I ask. “The meeting with the wolf or something like that?” I add silently. Simon is an avid animal lover.

“An avalanche. And there is no way I will go to the mountains in winter, if I do not have

an anti-avalanche backpack.”

“What? What’s this?” I ask, surprised. I’ve never heard of such a thing.

“The anti-avalanche backpack protects your spine in the event of being crashed by an avalanche. You put it on your back and when you get spammed, it automatically puts out something similar to the airbag. You have a soft landing rather than injury provided” the boy laughs.

“And how is it to be buried by an avalanche?” I ask another question bothering me.

“Terrible. Snow squeezes the air out of the lungs, so the man quickly begins to suffocate. Besides, you cannot have your eyes open, because it feels like you have poured a lot of water into them at once. Then there is the fear if anyone will find you before you die – because there is a possibility that they will not manage to come in time and you will die before they pull you out.”

On the face of my friend fear and sadness are showing, just as if he was talking about the real situation. But it was only a realistic simulation! Well, such moments are not pleasing – even if they are not true. I think the experiences that these electronic devices guaranteed us today will mean that once and for all any of us will remember how to behave in the mountains.

We take the equipment and the whole group gather at the exit. Mr. Tom, our guardian, says:

“Today we will accomplish route number ten. We set off from Kuźnice, we go through the pass between the Wielka Królowa Kopa and Mała Królowa Kopa. Then we go to the Gąsienicowa Valley and we stop, and then go through Zawrat. The end of the journey will be in a shelter in the Valley of Five Polish Ponds.”

Mr. Tom turned the machine standing next to him on and a map of Polish Tatra appeared in the air. Was shown to the “keyboard” with numbers from 0 to 9. The man pressed the “keys” 1 and 0, and on the map lit up with a blue line with the points marked. Each of them was described with the name of the place.

“Well, my dears. Now put your hands on the reader,” said the guardian, showing the device standing on his other side. “This way you will know if the capacity of your body is sufficient, so you can accomplish the planned route quickly. I don’t want the rescue ferry to have to fly up for anybody.”

Dutifully, we have done the command. Fortunately, no one had to stay in Kuznice, so we hit the road quickly. When we passed the station of passenger ferries, I heard a quiet, virulent murmur of Mr. Tom:

“Huty Hamerskie… Such an idea!”

“Excuse me, what hills* are you talking about? We’re in Kuźnice!” I was surprised.

“This is the original name of Kuźnice: Huty Hamerskie. The first mention about them comes from the eighteenth century. Then there was a steel mill here – the source of subsequent troubles of the Tatra National Park.”

“How is it? What kind of trouble?” I asked.

“To provide fuel for the furnaces, the forests were cut out. They did this even when the mill was closed – this time to the needs of paper mills. However, since 1889, they began restoration of the forest, but there were problems associated with that too, that continue to this day.

“Why?” demanded Ola. She was also, like me, curious about this story.

“Because what was mainly planted was spruces. They completely did not count with the fact that the mountain environment is not uniform. However, the spruce does not have it easy in our mountains: strong winds and mushrooms parasiting on it destroy it.”

“The winds?” Now it was Szymon who was amazed.

“Yes. The roots of spruce create a kind of shield that does not keep them firmly in the soil. This causes that the wind of sufficient strength can break the tree off from the ground,” said Mr. Thomas.

Listening to stories of guardian, I do not even realize that we have already entered the forest. I notice it only when I hear rustling leaves overhead. I’m looking around. Indeed, the spruce is no longer the dominant tree: I am able to recognize the beech and fir trees. After a while, I feel that taking the next step requires more and more effort – the area begins to rise intensively.

“Sir, why is the ground here maroon? Was someone murdered here?” Ola asks suddenly.

“No, no! This is because of iron compounds in the soil. No one lost their life here, do not worry,” the guardian seems to be slightly amused.

The fatigue makes our life a misery, and yet it is only Skupniów Upłaz. However, Mr Tom is implacable:

“We are not stopping until Murowaniec, so transgress your legs – otherwise we will not get there until tomorrow!” he laughs.

Meanwhile, I am looking around carefully. I feel like I am in paradise: a beautiful view of Kopieńce and Olczysta Glade spreads around me. In the distance I see Sołtysia Kopa.

We reach the Pass between Kopy. Giewont immediately catches my attewntion. “The sleeping Knight” clearly dissociates itself from the cloudless sky and it looks as if it

was inviting tourists to lie down next to it. Suddenly Simon says:

“Look, there is something on this rock!” He shows the boulder distant by several meters. Everyone, including myself, immediately pull zoomcams out We put them on, and look where Szymon points to. The devices quickly adjust zoom and focus.

“It is a viviparous lizard… a proper “lizard”, because it’s a male,” I say.

“How do you know? ” Mr. Tom is curious

I know, however, that he is is pretending – in the end, he is a Tatra guide and certainly knows lizards better than I do.

“It has an orange belly. This is a typical mating coloration of a male,” I explain more to the group than to him.

“And do you know why it is “viviparous”?” He asks again.

“Because the young are born alive. It is adapting to life at high altitudes – there development outside the mother’s body is impossible. It’s too cold.”

“Yes, it’s true. And by the way, the animal is really lucky – it met us, and not… a viper. If it had met it, it would already be dead.

“Why? Do vipers eat lizards?” This time, I ask. I’ve never heard about that.

“Yes, they do. But they also feed on small rodents, such as shrews.”

“Just not  the rodents! I have a guinea pig at home!” Ola is almost crying.

“Do not worry… There is no threat for it,” I calm the friend down.

At that time, Mr. Tom is thinking about something. After a moment, he asks:

“Who of you knows what we call a “ribbon of Cain”?”

“I do, I do! It is this line in the body of a viper. Thanks to the “ribbon of Cain” it can be distinguished from other snakes,” shouts out Szymon.

We move on. Tracts of pine grow on both sides of the paths. At one point Ola exclaims:

“Hey, what is this?”

“What? Where?” Asks Mr. Tom.

“That what sticks out of the ground,” the girl points. Indeed, half a meter from her there’s a strange object looking like a bottle residing in the soil. But it is not made of any material known to me.

“That is a bottle made of polypropylene, but the owner is long dead. This material has not been produced for over a hundred years,” Mr. Tom is clearly sad. He pulls the object out with difficulty and puts it in his backpack.

“Why is it here?” I wonder aloud. “Why would someone have thrown it on the ground?”

“Even in the twenty-first century, not only in the Tatra Mountains, but throughout Poland, a major problem was that people threw garbage outside places intended for that. They had no awareness of how much harm they do to the planet this way – explains the guardian. – Only when the devices that allow you to determine the last user of the given product developed, did the situation change. It is extremely effective in deterring the “rubbish makers”.”

We move on in somewhat broken spirits.

“I see the hostel!” Bartek calls out after some time.

“Finally! I’m exhausted,” Ola is clearly delighted. And not only her – our whole group is already hungry. Shortly after, we find ourselves in front of Murowaniec. My eyes are drawn to a plaque dedicated to Adam Asnyk. Involuntarily, I recall a fragment of his poem:

“The peaks with the gold plating of sun

Are already burning in pink at the top

And the blues are gently shimmering

Over the crown of the bent rocks”

“How is it possible that a poem from three hundred years ago describes this landscape so accurately” I think, and I share my thoughts with Mr. Tom.

“It is through the idea of conservation. If they hadn’t created a national park here, perhaps there would be a ferry highway going through this area.”

“Oh, please do not say things like that! Or else I will have nightmares.”

Full of energy, we set off on our journey. Our next goal is Czarny Staw Gąsienicowy. When we reach it, I look at the dark depth.

“The art teacher would be delighted,” I think. Such intense contrasts do not happen often: graphite shade of rocks and green mountain pine next to a dark, almost black water look simply fabulous! I can’t believe that people introduced mallard here at some point. Interference in this beautiful landscape is still a crime! Fortunately, they failed to convert this place into a fish pond, too. Good that people today are more aware of the value of natural assets of our planet.

We almost do not have time to watch the views – the route is getting more difficult. We have to be very careful – every wrong placing of our legs could cause injury. Fortunately for us, chains and buckles are placed in more dangerous places. When we stop on the ledge for a moment, my attention is drawn to a red spot that shifts in the distance. I put the zoomcam on and recognize a wallcreeper. The bird climbs the vertical wall, flying up a bit every now and then.

“I wonder if it doesn’t get tired tired…” I think. At the same time, I think that the Highlanders were right in calling wallcreeper “a butterfly”. The movement of the wings combined with the very bright spots makes similar to that insect.

After a long, tiring journey I do not even think about the rest. My body had time to get used to moving vertically. The omnipresent view of the rocks seems so normal, as if has accompanied me all the time. Suddenly everything changes… A huge space appears to my eyes. I feel that I’m in an ideal, perfect, wonderful place. I move my sight across Gerlach, Rysy, Szpiglasowy Wierch… I try to perpetuate the memory of this extraordinary composition of mountains, clouds and sky.

We now go to the Valley of Five Polish Ponds. This part of the route is much easier. The trail we see in succession: Zadni Pond, Wole Oko, Great Pond and Front Pond. When the latter is the place of our accommodation.

Today made me realize that despite the development of civilization need a place where nature shows no signs of human activity. I am sure that many more times I will return to this “magical land of the Alps.” It made the term “nature conservation” get a new meaning to me – the word RESPONSIBILITY dominates in it.

*Huty Hamerskie, the former name of Kuźnice, literally translates as “Hamerski hills”. Hence the misunderstanding.