“The Raven”, Edgar Allan Poe
"Kruk", Edgar Allan Poe

IMG_20160106_172232[1]

Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary,
Over many a quaint and curious volume of forgotten lore—
    While I nodded, nearly napping, suddenly there came a tapping,
As of some one gently rapping, rapping at my chamber door.
“’Tis some visitor,” I muttered, “tapping at my chamber door—
            Only this and nothing more.”
    Ah, distinctly I remember it was in the bleak December;
And each separate dying ember wrought its ghost upon the floor.
    Eagerly I wished the morrow;—vainly I had sought to borrow
    From my books surcease of sorrow—sorrow for the lost Lenore—
For the rare and radiant maiden whom the angels name Lenore—
            Nameless here for evermore.
    And the silken, sad, uncertain rustling of each purple curtain
Thrilled me—filled me with fantastic terrors never felt before;
    So that now, to still the beating of my heart, I stood repeating
    “’Tis some visitor entreating entrance at my chamber door—
Some late visitor entreating entrance at my chamber door;—
            This it is and nothing more.”
    Presently my soul grew stronger; hesitating then no longer,
“Sir,” said I, “or Madam, truly your forgiveness I implore;
    But the fact is I was napping, and so gently you came rapping,
    And so faintly you came tapping, tapping at my chamber door,
That I scarce was sure I heard you”—here I opened wide the door;—
            Darkness there and nothing more.
    Deep into that darkness peering, long I stood there wondering, fearing,
Doubting, dreaming dreams no mortal ever dared to dream before;
    But the silence was unbroken, and the stillness gave no token,
    And the only word there spoken was the whispered word, “Lenore?”
This I whispered, and an echo murmured back the word, “Lenore!”—
            Merely this and nothing more.
    Back into the chamber turning, all my soul within me burning,
Soon again I heard a tapping somewhat louder than before.
    “Surely,” said I, “surely that is something at my window lattice;
      Let me see, then, what thereat is, and this mystery explore—
Let my heart be still a moment and this mystery explore;—
            ’Tis the wind and nothing more!”
    Open here I flung the shutter, when, with many a flirt and flutter,
In there stepped a stately Raven of the saintly days of yore;
    Not the least obeisance made he; not a minute stopped or stayed he;
    But, with mien of lord or lady, perched above my chamber door—
Perched upon a bust of Pallas just above my chamber door—
            Perched, and sat, and nothing more.
Then this ebony bird beguiling my sad fancy into smiling,
By the grave and stern decorum of the countenance it wore,
“Though thy crest be shorn and shaven, thou,” I said, “art sure no craven,
Ghastly grim and ancient Raven wandering from the Nightly shore—
Tell me what thy lordly name is on the Night’s Plutonian shore!”
            Quoth the Raven “Nevermore.”
    Much I marvelled this ungainly fowl to hear discourse so plainly,
Though its answer little meaning—little relevancy bore;
    For we cannot help agreeing that no living human being
    Ever yet was blessed with seeing bird above his chamber door—
Bird or beast upon the sculptured bust above his chamber door,
            With such name as “Nevermore.”
    But the Raven, sitting lonely on the placid bust, spoke only
That one word, as if his soul in that one word he did outpour.
    Nothing farther then he uttered—not a feather then he fluttered—
    Till I scarcely more than muttered “Other friends have flown before—
On the morrow he will leave me, as my Hopes have flown before.”
            Then the bird said “Nevermore.”
    Startled at the stillness broken by reply so aptly spoken,
“Doubtless,” said I, “what it utters is its only stock and store
    Caught from some unhappy master whom unmerciful Disaster
    Followed fast and followed faster till his songs one burden bore—
Till the dirges of his Hope that melancholy burden bore
            Of ‘Never—nevermore’.”
    But the Raven still beguiling all my fancy into smiling,
Straight I wheeled a cushioned seat in front of bird, and bust and door;
    Then, upon the velvet sinking, I betook myself to linking
    Fancy unto fancy, thinking what this ominous bird of yore—
What this grim, ungainly, ghastly, gaunt, and ominous bird of yore
            Meant in croaking “Nevermore.”
    This I sat engaged in guessing, but no syllable expressing
To the fowl whose fiery eyes now burned into my bosom’s core;
    This and more I sat divining, with my head at ease reclining
    On the cushion’s velvet lining that the lamp-light gloated o’er,
But whose velvet-violet lining with the lamp-light gloating o’er,
            She shall press, ah, nevermore!
    Then, methought, the air grew denser, perfumed from an unseen censer
Swung by Seraphim whose foot-falls tinkled on the tufted floor.
    “Wretch,” I cried, “thy God hath lent thee—by these angels he hath sent thee
    Respite—respite and nepenthe from thy memories of Lenore;
Quaff, oh quaff this kind nepenthe and forget this lost Lenore!”
            Quoth the Raven “Nevermore.”
    “Prophet!” said I, “thing of evil!—prophet still, if bird or devil!—
Whether Tempter sent, or whether tempest tossed thee here ashore,
    Desolate yet all undaunted, on this desert land enchanted—
    On this home by Horror haunted—tell me truly, I implore—
Is there—is there balm in Gilead?—tell me—tell me, I implore!”
            Quoth the Raven “Nevermore.”
    “Prophet!” said I, “thing of evil!—prophet still, if bird or devil!
By that Heaven that bends above us—by that God we both adore—
    Tell this soul with sorrow laden if, within the distant Aidenn,
    It shall clasp a sainted maiden whom the angels name Lenore—
Clasp a rare and radiant maiden whom the angels name Lenore.”
            Quoth the Raven “Nevermore.”
    “Be that word our sign of parting, bird or fiend!” I shrieked, upstarting—
“Get thee back into the tempest and the Night’s Plutonian shore!
    Leave no black plume as a token of that lie thy soul hath spoken!
    Leave my loneliness unbroken!—quit the bust above my door!
Take thy beak from out my heart, and take thy form from off my door!”
            Quoth the Raven “Nevermore.”
    And the Raven, never flitting, still is sitting, still is sitting
On the pallid bust of Pallas just above my chamber door;
    And his eyes have all the seeming of a demon’s that is dreaming,
    And the lamp-light o’er him streaming throws his shadow on the floor;
And my soul from out that shadow that lies floating on the floor
            Shall be lifted—nevermore!
No photo description available.

Źródła:

  1. Text: http://www.poetryfoundation.org/poem/178713
  2. Audio: “One Take Narration” of the poem from the YouTube channel Beside the Dying Fire
  3. Photo: the cover of “Edgar Allan Poe. Collected Stories and Poems” published by Collector’s Library Editions
  4. Picture of the Raven – found on Facebook

Północ była raz posępna,
kiedym siedział wyczerpany
studiowaniem nieprzystępnej
wiedzy tomów zapomnianych.
Gdy powieki ciężkie miałem
i już drzemać zaczynałem,
nagle stukot usłyszałem
niesłyszany od miesięcy:
Do drzwi stukał ktoś z uporem.
Pewnie jakiś gość – mruknąłem –
do drzwi stuka, i nic więcej.

Jak przypomnieć sobie mogę,
był to grudzień lodowaty.
Mrące węgle na podłogę
słały cień płomiennej szaty.
Jutra z nadzieją czekałem,
próżno bowiem próbowałem,
wesprzeć się na księgach chciałem,
by zapomnieć o mej męce.
Aby od Lenore zniknienia
anielskiego jej imienia
nie wymówić nigdy więcej.

Atłasowy i niepewny
purpurowej szmer zasłony
przejął mnie i wnet napełnił
przerażeniem nieznajomym.
Serce moje wylęknione
poczynało bić goręcej.
By uciszyć jego tony
jąłem szeptać coraz prędzej:
Może ktoś pomylił domy,
może jakiś gość spóźniony
do drzwi puka, i nic więcej.

Dłużej już się nie wahałem.
Panie!, czy też Pani! – rzekłem –
Wybaczcie, lecz chyba spałem
i myślami w dal uciekłem.
Tak pukaliście w drzwi skromne
delikatnie kładąc ręce,
że jeno przez mgnienie płonne
zdało mi się, że coś dźwięczy.
Siły w duszy zgromadziłem,
drzwi szeroko otworzyłem,
a tam ciemność, i nic więcej.

W głąb ciemności tej piekielnej
zajrzeć mogłem się odważyć
myśląc to, o czym śmiertelnik
nie śmiał nigdy nawet marzyć.
Niezmącona była cisza,
ciemność nic nie rzekła więcej.
Zdało mi się wszak, żem słyszał
wyszeptane jakby w męce
słowo Lenore. To ja rzekłem,
echo powtórzyło szeptem.
Tylko tyle, i nic więcej.

Do domu się wycofałem,
choć dusza płonęła w ciele.
Znów stukanie usłyszałem,
teraz głośniejsze o wiele.
Pewnie – powiedziałem – przecie –
myśląc, żem już nie w rozterce –
to jest coś na parapecie,
pora uspokoić serce.
Zaraz wyjrzę i zobaczę,
tajemnicę wytłumaczę.
To wiatr tylko, i nic więcej.

Kiedy okno otworzyłem,
siedział kruk tam okazały,
dawnych dni pokryty pyłem,
strosząc pióra wyliniałe.
Bez ukłonu, bardzo dumnie,
wkroczył pewnie i, co więcej,
w górę wskoczył wnet rozumnie
i w postawie siadł książęcej
na rzeźbionej piersi pani
Pallas nad moimi drzwiami.
Wskoczył, usiadł, i nic więcej.

Ptak ten dumny, hebanowy
w uśmiech zmienił trwogę wszelką
zachowaniem swym surowym
i pewnością siebie wielką.
Kruku – rzekłem – groźny szelmo,
choć twój czub jest jak po klęsce
wyskubany, to na pewno
nie znasz trwogi, przemów prędzej.
Zdradź mi imię swe lordowskie
gdzieś znad brzegu głębi nocnej.
A kruk odrzekł – Nigdy więcej.

Zdumiał mnie ten ptak niezgrabny,
co tak jasno odpowiedział,
choć sens słów tych nie był trafny –
nic z nich żem się nie dowiedział.
Lecz nie można temu przeczyć,
że nie może byt człowieczy
trwać w błogosławionej pieczy
wzroku ptaka, co na ręce
patrzy z góry, z piersi pani
Pallas nad pokoju drzwiami,
i co zwie się Nigdy więcej.

Lecz kruk, jak rzeźba złowroga
na spokojnej piersi w górze,
wyrzekł jeno owe słowa,
jakby w nich swą zaklął duszę.
Zamilkł ptak ten archaiczny,
żadnym piórkiem nie drgnął więcej.
Jak nadzieje me zwodnicze,
jutro zniknie stąd, czym prędzej –
rzekłem – jego przyjaciele
pewnie dawno odfrunęli.
Kruk zaś na to: Nigdy więcej.

Zaskoczony tą trafnością
i przerwaniem ciszy nagłym,
rzekłem: Słowa te pozostałością
są po człeku jakimś dawnym.
Pewnie straszna katastrofa
nawiedzała go zawzięcie.
Stąd też pieśni jego słowa
wszystkie brzmiały tak nieszczęśnie.
Aż pogrzebał swe nadzieje
melancholii niosąc brzemię:
‘Nigdy, nigdy, nigdy więcej!’

Ale ptak ten wciąż przemieniał
w uśmiech duszy mojej stracha.
Siadłem na granicy cienia –
na wprost biustu, drzwi i ptaka.
W aksamitnym tym omdleniu,
chciałem dotrzeć, przez łączenie
myśli z myślą, do znaczenia
tego, co sprzed lat tysięcy
ptak złowieszczy, święty, czczony,
dziś upiornie wyniszczony,
myślał, kracząc: Nigdy więcej.

Jąłem głębsze snuć domysły.
Nie mówiłem nic do gościa,
chociaż jego wzrok ognisty
silnie palił mi wnętrzności.
Myśląc, położyłem głowę
na poduszce welwetowej,
którą lampy mej wiekowej
światło pieści najgoręcej.
Na welwecie fioletowym,
tam, gdzie ona swojej głowy
już nie złoży nigdy więcej.

Nagle zapach, jak z kadzidła
palonego przez anioły
skryte w niewidzialnych skrzydłach
rozszedł się po mym pokoju.
O, nieszczęsny! – zapłakałem –
Bóg, aby ci ulżyć w męce,
przysłał te anioły z darem
zapomnienia o udręce.
Wdychaj królewski aromat,
przestań śnić, kim była ona!
A kruk na to: Nigdy więcej.

Wieszczu – rzekłem – zła istoto,
czyś ty kusiciela znakiem?
Czyś przygnany złą pogodą?
Czyś ty diabłem jest, czy ptakiem?
Po coś przybył na nieznany
cichy brzeg zaczarowany,
w dom tak trwogą nawiedzany,
w kraj bezludny, powiedz, prędzej!
Proszę, błagam, powiedz gadzie,
czyż jest balsam w Gileadzie?
A kruk odrzekł: Nigdy więcej.

Wieszczu – rzekłem zła istoto!
Czyś ty ptakiem, czy szatanem?
Na niebiosa nad mą głową
i na Boga, co nam panem,
powiedz duszy zasmuconej,
czy w przyszłości nieskończonej
wezmę kiedyś w me ramiona
święte ciało jej dziewczęce?
Promienistą pannę w bieli,
którą Lenore zwą anieli?
A kruk odrzekł: Nigdy więcej.

Słowa te są – rzekłem mocniej –
naszego rozstania znakiem.
Wracaj nad brzeg głębi nocnej,
czyś ty diabłem jest, czy ptakiem!
Zabierz postać swą ponurą,
zostaw me samotne serce!
Nie zgub też czarnego pióra –
znaku duszy twej oszczerczej!
Potem trzymaj dziób swój z dala –
niechaj oczu mych nie kala!
A kruk na to: Nigdy więcej.

No i kruk nie zniknął wcale.
Ciągle siedzi, siedzi stale
na rzeźbionym biuście pani
Pallas nad mej izby drzwiami.
Jego oczy wyraz mają
demona, co śni czuwając.
Światło nad nim lśni, rzucając
na podłogę cień zwierzęcy.
Dusza mego zaś istnienia
już spod władzy tego cienia
nie powstanie nigdy więcej!

No photo description available.Źródła:

  1. Tłumaczenie: Krzysztof Jaskuła (https://home.agh.edu.pl/~szymon/raven.shtml)
  2. Zdjęcie – okładka “Edgar Allan Poe. Collected Stories and Poems” (“Edgar Allan Poe. Zebrane opowiadania i wiersze”) opunlikowanego przez Collector’s Library Editions
  3. Obrazek Kruka – znaleziony na Facebooku