“Marley i ja”, J. Grogan
"Marley & Me", J. Grogan

         Kim jestem? Pozwólcie, że wam o sobie opowiem. Spróbujcie sami odgadnąć odpowiedź na to pytanie – zobaczymy, czy wam się to uda.

               Moi rodzice…? Zostałem adoptowany, gdy byłem zbyt mały, by ich porządnie zapamiętać. Tatę zapamiętałem nawet słabiej niż mamę, ale to chyba logiczne, skoro spędzałem z nim mniej czasu jeszcze przed adopcją, prawda? W każdym razie – do moich adopcyjnych rodziców zwracałem się zawsze po imieniu: John i Jenny. Nazwisko? Długo nie wiedziałem, dopóki ktoś się nim do nich nie zwrócił: Grogan. Bardzo mili… i dość zabawni ludzie. Dlaczego tak pomyślałem? Otóż: miałem pięć sióstr i trzech braci, każde z nas miało trafić do innej rodziny zastępczej. Kiedy John i Jenny przyjechali wybrać jedno z nas, John postanowił zrobić nam, jak to nazwał, „test odwagi”. Tylko ja zareagowałem – i częściowo właśnie dlatego zdecydowali, że to mnie zabiorą ze sobą. Ciekawy pomysł, prawda?

             Kiedy już pojawiłem się w nowym domu, poznałem również moje nowe imię: Grogan’s Majestic Marley of Churchill. „Czy nie jest odrobinę… przydługie?” zapytacie pewnie. Też się nad tym zastanawiałem, ale szybko okazało się, że dla nowej rodziny i przyjaciół pozostałem po prostu Marleyem. Właśnie, moja nowa rodzina! W jakiś czas po tym, jak poznałem moich nowych rodziców, okazało się, że w domu zaczęło się również pojawiać moje „zastępcze rodzeństwo”: Patrick, Conor i Coleen. Dobre dzieciaki… Lubiłem się z nimi bawić. Jak? Na przykład – gdy Patrick był mały, rozweselałem go zjadając chrupki z blatu przy jego krzesełku.

                „Czego najbardziej się boisz?” mogą zaciekawić się niektórzy z was. A więc – od małego potwornie bałem się burzy. Gdy tylko wyczuwałem jej nadejście, często nawet jeszcze zanim moja rodzina usłyszała zwiastujące ją odgłosy czy zauważyła chmury/deszcz, zaczynałem panikować. John i Jenny wielokrotnie próbowali mi pomóc: dawali mi pigułki na uspokojenie, zapewnili mi nawet mój własny schron na czas gdy ich nie było w domu na wypadek zapowiedzi burzy… Ale to nie pomagało, nigdy nie pomogło. Za każdym razem niszczyłem cały dom, dostając gwałtownego ataku paniki. Ogólnie… byłem dość nieposłusznym dzieckiem, a później również nieposłusznym nastolatkiem – nawet w dorosłym życiu miałem w sobie dużo z buntownika, po prostu nie umiałem pozbyć się tych cech – ale w czasie burzy już zupełnie nie potrafiłem nad sobą zapanować, zaczynałem szaleć. Biedni ci moi rodzice, prawda? Zwłaszcza, że oprócz ciągłych remontów po moich atakach paniki, opłacili także kurs dobrych manier dla mnie – niestety, nie pomogło mi to.

                Moje inne „dziwne” cechy? Zdarzało mi się zjadać rzeczy, których nie powinienem nawet tknąć, a co dopiero zjadać. Na przykład… złoty łańcuszek Jenny. I, o dziwo, nawet mi nie zaszkodził! Gdy po kilku dniach go wydaliłem, nie odczuwałem żadnych dolegliwości. A złoto? Było w lepszym stanie niż przed połknięciem. John nawet żartował, że powinno się opatentować tę metodę czyszczenia biżuterii.

                Mój największy osobisty sukces? Zagrałem w filmie: „The Last Home Run” („Ostatni bieg do bazy”). W napisach końcowych widniałem jako „Marley… jako on sam.” W prawdzie film ten nie został sprzedany w milionach kopii, ale nadal uważam, że dobrze się spisałem.

                W pewnym momencie życia zacząłem chorować. Ogłuchłem, zacząłem słabo widzieć, nie mogłem chodzić przez ból bioder… Nie przeszkadzało mi to jednak aż do momentu, gdy było ze mną naprawdę źle. Ciągle byłem tym samym zwariowanym Marleyem, uwielbiającym spacery i gry z moją rodzinką. Jednak któregoś pięknego dnia… po prostu nie wytrzymałem. Już wcześniej miałem problemy z układem pokarmowym – dostałem skrętu kiszek – ale wtedy dało mi się jeszcze pomóc. Dzień, o którym mówię, stał się moim ostatnim. Kolejny skręt kiszek: zbyt mocny, żeby dało się go wyleczyć bez operacji, a ta byłaby zbyt niebezpieczna w moim wieku i przy moim ogólnie złym stanie zdrowia. Dano mi zastrzyk – eutanazja. Umarłem spokojnie, w ramionach Johna. Zostałem pochowany pod sosnami przy naszym domu.

                A więc, kim jestem? Mam na imię Marley i jestem… a raczej byłem psem rasy golden retriever.  Wspomniany wcześniej „schron”, który mi dano, to klatka – trzymano mnie w niej, kiedy „rodzice” wychodzili do pracy, a w prognozie pogody zapowiadano burzę. Mało skuteczna, bo nauczyłem się z niej samodzielnie wychodzić. „Kurs dobrych manier” to po prostu tresura z wykwalifikowaną trenerką – nieskuteczna w moim przypadku, bo byłem zbyt żywiołowy. „Eutanazja”? Zastrzyk usypiający, abym się dłużej nie męczył. Chcesz mnie bliżej poznać? Przeczytaj książkę „Marley i ja. Życie, miłość i najgorszy pies świata”* Johna Grogana, mojego „ojca zastępczego”. Polska wersja ukazała się nakładem Wydawnictwa Pierwszego.

*Nie mogłam wstawić pełnego tytułu książki w tytule wpisu z powodów technicznych: jest zbyt długi i po aktualizacji tytuły innych wpisów “rozsypują się” w zakładce.

Who am I? Let me tell you about myself. Try to guess the answer to this question yourselves – see if you succeed.

My parents…? I was adopted when I was too young to remember them properly. I remembered my dad even less than my mum, but it’s probably logical, if I spent less time with him before the adoption, isn’t it? In any case – I’ve always addressed my adoptive parents by names: John and Jenny. The surname? For long, I haven’t known, until somebody addressed them by it: Grogan. Very nice… and very funny people. Why did I think that? Well: I had five sisters and three brothers, each of us was to get to another foster family. When John and Jenny came to choose one of us, John decided to do to us, what he called “a test of courage”. I was the only one to react – and partly this was why they decided that it will take me with them. Interesting idea, isn’t it?

Once I showed up in the new house, I also got to know my new name: Grogan’s Majestic Marley of Churchill. “Isn’t it… a bit lengthy?” you will surely ask. I thought about it, too, but it soon became apparent that for the new family and friends I remained simply Marley. Yeah, my new family! Some time after I met my new parents, it turned out that my “surrogate siblings”: Patrick, Conor and Coleen also began to appear in the house. Good kids… I liked playing with them. How? For example – when Patrick was small, I cheered him up by eating crisps from the at the top of his chair.

“What are you most afraid of?” some of you may get curious. So – since I was small, I’ve been terribly afraid of the storm. As soon as I sensed its arrival, often even before my family heard the noises heralding it and saw the clouds/rain, I started to panic. John and Jenny tried to help me many times: they give me pills to calm down, they even gave my own shelter for the time when they were not in the house in case of storm announcement… But it didn’t help, it never would. Every time I destroyed the whole house, getting a sudden panic attack. Overall… I was a pretty disobedient child, and later an unruly teen – even in my adult life, there was a lot of rebel in me, I just didn’t know how to get rid of these characteristics – but during a storm I completely couldn’t control myself, I would begin raging. Poor they, my parents, right? Especially that in addition to constant repairs after my panic attacks, they paid for a course of good manners for me – unfortunately, it didn’t help me.

My other “strange” characteristics? I happened to eat things I shouldn’t even touch, let alone eat. For example… Jenny’s gold necklace. And, surprisingly, it didn’t even do me any harm! When I excreted it several days later, I didn’t feel any discomfort. And the gold? It was in a better condition than before swallowing. John even joked that he should patent this method of cleaning the jewelry.

My biggest personal success? I played in the film “The Last Home Run”. I appeared in the end credits as “Marley… as himself.” To tell the truth, the film hasn’t been sold in millions of copies, but I still think I worked well.

At some point of my life, I started to get sick. I became deaf, I was hard of seeing, I could not go because of the pain of the hips… It didn’t bother me, though, until it came to me really bad. I was still the same crazy Marley who loved walking and playing with my little family. However, one fine day… I just couldn’t stand it. I’d already had problems with the digestive system – I’d got a volvulus – but then they were able to help me. The day I’m talking about became my last one. Another volvulus: too strong to be cured without a surgery, and this would be too dangerous at my age and with my general poor health. I was given an injection – the euthanasia. I died peacefully in John’s arms. I was buried under the pine trees near our house.

So, who am I? My name is Marley and I’m… or rather I was a dog of the golden retriever breed. The aforementioned “shelter” I was given was a cage – I was kept in it when my “parents” went to work, and the weather forecast announced a storm. Inefficient, because I learned to get out of it by myself. “The course of good manners” is simply the training with a qualified trainer – ineffective in my case, because I was too exuberant. “Euthanasia”? Soporific injection, so that I no longer suffered. Do you want to get to know me better? Read the book “Marley & Me: Life and Love with the World’s Worst Dog” by John Grogan, my “foster father”*. The Polish version was published by Wydawnictwo Pierwsze publishing house.

I couldn’t put the full title of the book in the title of the entry due to the technical problems: it’s too long and after the update the titles of other entries “desintegrate” in the tab