„Florencja córka Diabła”, Joanna Chmielewska
"Florence daughter of Devil", Joanna Chmielewska

                Gdyby ktoś mi teraz powiedział „Wymień polskiego pisarza, którego uwielbiasz!”, bez wahania wymieniłabym Joannę Chmielewską. „Chmielewska… Czy to ta, która napisała ‘Wszystko czerwone’ i ‘Całe zdanie nieboszczyka’?” zapytają może ci z was, którzy kojarzą nazwisko tej autorki tylko z książkami, które recenzowałam. Tak, to ona. Czemu tak ją uwielbiam? Hm… Nie słyszałam o jakimkolwiek innym pisarzu, który w swoim dziele, na początku części oznaczonej jako „WSTĘP”, pisze:

„WSTĘP

umieszczony na końcu, ponieważ powszechnie wiadomo, że wstępów umieszczonych na początku nikt nie czyta.”

              Zaciekawieni? Tak? W takim razie koniecznie przeczytajcie książkę „Florencja, córka Diabła”. Po raz pierwszy wydane w 1993 roku, dzieło to opowiada o młodej klaczy. Tak, tak, klaczy. A dokładniej – klaczy wyścigowej, która… no, co tu dużo mówić, odziedziczyła charakter po tatusiu, aż dziw, że nie zrobiono dla niej wyjątku w tej zasadzie, która mówi, że konie rodowodowe powinno się nazywać imieniem po matce! Florencja to przecież imię wskazujące na łagodny charakter, a nasza klacz z pewnością łagodna nie była. No, może i była, ale tylko dla przyjaciół. Jednego, jedynego człowieka, który podniósł na nią rękę, skopała tak, że wylądował w szpitalu w stanie ciężkim. Wyczuwszy w ciężarówce, którą miała jechać, zapach mięty (którego to zioła nienawidziła w każdej postaci!) zaczęła tak gwałtownie okazywać swoje niezadowolenie, że musiano odroczyć przejazd. Właśnie, z tą miętą to też było ciekawie. Zdarzyło się, że chciano ją otruć – ten „mądry” człowiek nie wiedział, na szczęście, że Florencja nie znosi tego zioła, więc podsunął truciznę właśnie na jej liściach, co skończyło się rabanem na całą stajnię. Hm… kiedy tak o niej myślę, przypomina mi się, że nie tylko jej charakter przyszedł od ojca, ale także i jej wytrzymałość. Bo w końcu nie każdy koń potrafi przebiec galopem kilka kilometrów z siodłem na grzbiecie, po czym przejść kilkanaście następnych kilometrów z tymże siodłem i kimś, kto na nią wsiadł, a następnego dnia spokojnie podejść do gonitwy i na dodatek ją wygrać. Prawda?

                 Chcecie dowiedzieć się nieco więcej o naszej bohaterce? Proszę bardzo, oto opis jej pomysłowości i charakteru… Aha! Zanim zaczniemy. Początek tego fragmentu opisuje pierwszy kontakt Florencji z jeźdźcem, który później brał z nią udział w wyścigach. Musicie również wiedzieć, że Florencja na początku książki przejawiała paniczny lęk przed wszystkim, co wyglądało, jakby trzeba było to przeskoczyć – wszelkie strumyczki, belki i inne takie. Dlatego wolała omijać takie przeszkody, a jeśli nie mogła tego zrobić, to znajdowała inne sposoby na przejście przez nie – po prostu bała się skakać. Trening skoków odbędzie się nieco później niż to, co chcę wam pokazać. A więc popatrzcie…

„                 Zygmuś był jeźdźcem z powołania, obdarzonym iskrą bożą. Wcześniej umiał utrzymać się na koniu niż na własnych nogach. Wyłącznie dzięki tym talentom nie zerwał kontaktu z wierzchowcem, Florencja bowiem wystartowała jak wystrzelona z katapulty. Od czasu do czasu hamowała szaleńczy galop, usiłując część drogi przebyć na tylnych kopytach, żadnych innych sztuk jednakże nie pokazywała i wracała do tego płynnego, cudownego, przepysznego galopu, który niósł ją niczym łódź pędzącą z wiatrem. Zygmuś czuł ją całym sobą, czuł radość konia, jakiś triumf w tym galopie, szczęście wysiłku wszystkich mięśni i sprężystych, stalowych nóg. Na moment ogarnęło go upojenie i nie było żadnych wątpliwości, że to upojenie jest im wspólne.

                        – O cudzie…! – wyszeptał głosem zgoła modlitewnym.

                 Wrażenia odmieniły się jak rąbnięte siekierą, bo Florencja dotarła do strumyczka. Zygmuś, na szczęście, umiał jeździć także na motorze. Kładąc się niemal i prawie nie zmieniając tempa, klacz zmieniła kierunek i zawróciła na sam widok przerażającej przeszkody, co wypadło nader podobnie do wirażu na żużlu. Ochłonąwszy dość szybko, Zygmuś spróbował ją nieco przyhamować, ale Florencja potrząsnęła tylko łbem, wierzgnęła tylnymi kopytami i poszła finiszem do celownika, który stanowili Monika i jej ojciec.

                           – No, ruch to ona ma – powiedział z uznaniem stary Gąsowski.

                           – Nie za dobrze na pierwszy raz? – zaniepokoiła się Monika.

                           – Zobaczymy…

                            Celownik Florencja potraktowała nietypowo, nie jak koniec jazdy, tylko jak coś w rodzaju lotnego finiszu. Zawróciła, mniej nerwowo niż przed potoczkiem, ale z równą fantazją, i pognała znów na łąkę.

                – Rany boskie! – jęknął w panice Zygmuś i wszystkie siły włożył w hamowanie pędu konia. Musiał ją zacząć uczyć posłuszeństwa, a za nic w świecie nie chciał szarpać i kaleczyć aksamitnego pyska. Zaczął ściągać delikatnie, chociaż stanowczo, klacz poczuła pewną rękę, zareagowała niechętnie, zwolniła, skróciła krok, skręciła zgodnie z nakazem, przeszła w kłus, potem wreszcie w stępa. Osobliwy był to stęp, przednie nogi kroczyły spokojnie, tylne pląsały w walczyku. Wrócili na miejsce startu.

               – Co ona z tym potoczkiem? – spytał promieniejący szczęściem Zygmuś, zeskakując. – Dziesięć centymetrów wody! Jezu, co za koń! Miękka w pysku, niesie jak anioł, cały czas trzymałem, jak ona nie będzie na długie dystanse, to ja jestem kiszka z grochem!

                  Stary Gąsowski troskliwie oglądał konia, Florencja w pląsach rwała się do dalszego biegu. Najwyraźniej w świecie ta zabawa spodobała jej się nadzwyczajnie.

                   – Tej maści nie rozumiem – powiedział. – Sucha jak pieprz… Po Saraganie były suche przeważnie, chyba, że które poszło w matkę, ale tu wszystko gniade, a ta całkiem kara. Po kim ona to ma?

                 Mimo rozszalałego entuzjazmu, Zygmuś zdołał ugryźć się w język. Po kim ona to ma, też pytanie, Diabeł był czarny jak prawdziwy diabeł. Po ojcu oczywiście! I pozostałe zalety również, tyle że Diabeł nie bał się żadnych potoczków, patyczków i trawek. Dorówna mu, jak Bóg na niebie, może przewyższy legendarną Demonę…

                  – Bałam się, że zrobi rodeo – wyznała Monika. – Chociaż kładłam się na niej i nic nie mówiła, nawet to lubi, ale myślałam, że tylko jest przylepna. Masz, kochana, masz, zjedz sobie.

                  Florencja chciwie pożarła dwie kostki cukru i wyraźnie dała do zrozumienia, że ma ochotę jeszcze pobiegać. Zygmuś zdjął z niej uprząż, wycierać nie było co. Zarżała z wielkim niezadowoleniem.

                   – Mówiłam, że ona lubi być dobrze ubrana – wytknęła Monika.

                – Dobra, puść ją – powiedział jej ojciec. – Potem pójdzie na nasz poddoczek, żerdzie już przybili. Trzeba ją będzie oduczyć tych strachów, bo nie daj Boże cień padnie w poprzek, a ona jeźdźca zabije. Jutro zaczniemy, a ty Zygmuś popróbujesz stępa, bo chodzić też musi…

                Zanim przystąpiono do dalszej nauki, Zygmuś i Monika ujrzeli coś, przez co zgodnym ruchem przetarli sobie oczy. Pili akurat herbatę przy oknie z widokiem na paddock, gdzie Florencja skubała skąpą trawkę przy samym ogrodzeniu. Bujna koniczyna tuż obok podobała jej się o wiele bardziej, sięgnąć jej nie miała sposobu. Spróbowała swojej metody, najwyraźniej doskonale wypraktykowanej, ugięła nogi, ale pod dodatkową żerdzią nie zdołała się zmieścić. W skamieniałym osłupieniu Zygmuś i Monika patrzyli, jak cofnęła się, położyła i przeturlała na drugą stronę, podkulając kopyta. Podniosła się, otrząsnęła jak wyłażący z wody pies i z wyraźnym zadowoleniem weszła w koniczynę.

             Monika wydobyła z siebie głos dopiero po dłuższej chwili.

             – Zygmuś, czy ty naprawdę jesteś pewien, że on jej tego nie uczył…?

        – Cyrkówka, jak Boga kocham – odparł zbaraniały Zygmuś. – Teraz to już całkiem nie wiem, ale on niezdatny. Ale może fiksat…”

 

florencja1

Okładka książki (skan) – nieco zniszczona, ale to tylko pokazuje, jak uwielbiam tę książkę…

Cover of the book (scan) – a bit worn out, but it just shows how much I love this book…

If someone told me now „List the Polish writer you love!”, I would not hesitate to mention Joanna Chmielewska. „Chmielewska… Is it the one who wrote ‚All red’ and ‚The whole sentence of the deceased’?” may ask those of you who associate the author’s name only with the books I reviewed. Yes, that’s the one. Why do I love her so? Hm… I have not heard of any other writer who, in their work, at the beginning of the section labeled „INTRODUCTION”, writes:

“INTRUDUCTION

placed at the end, because it is well known that the pre-entry ones no one reads.”

Curious? Yes? Then read the book „Florence, the daughter of the Devil”. First published in 1993, this work is about a young mare. Yes, yes, mare. More specifically, the racing mare, who… well, what should I say, she inherited the character of her daddy, wonder that no exception was made to her in this principle which says pedigree horses should be called after their mother! Florence is, after all, a name indicating a gentle character, and our mare was certainly not gentle. Well, maybe she was, but only towards friends. The one and only man who raised his hand at her she kicked so hard that he ended up in a hospital in a severe condition. Having sensed mint in the truck she was going to drive in (which herb she hated in every form!) she began to show her dissatisfaction so violently that the ride had to be postponed. Right, with this mint it was also interesting. It happened that they wanted to poison her – this „wise” man did not know, fortunately, that Florence did not tolerate this herb, so he put the poison on these very leaves, which ended up with her railing the whole stable. Hm… when I think of her, I am reminded that not only her character came from her father, but also her endurance. Because, in the end, not every horse can run a gallop a few kilometers with the saddle on the back, then walk a dozen or so kilometers with that saddle and someone who sat on her and calmly approach the race the next day, and in addition win it. Right?

Want to know a bit more about our heroine? There you are, here is a description of her ingenuity and character… Oh! Before we start. The beginning of this passage describes Florence’s first contact with a rider who later took part in the races with her. You also have to know that at the beginning of the book, Florence showed panic over everything that looked like it had to be jumped over – all the creeks, beams and more. That’s why she preferred to avoid such obstacles, and if she could not do that, she found other ways to go over them – she was just afraid to jump. Training of jumps will take place a little later than what I want to show you. So look…

„Zygmuś was a rider of vocation, blessed with the spark of God. He was able to sit on horseback earlier than he was able to stand on his own feet. Only thanks to these talents he didn’t break contact with the horse, because Florence started off as if fired from a catapult. From time to time, she stopped the mad gallop, trying to walk a part of the way to the hind hooves, but she did not show any other crazinesses and returned to this smooth, wonderful, gorgeous gallop that carried her like a boat rushing to the wind. Zygmuś felt her with all of him, felt the joy of the horse, some triumph in this gallop, the happiness of the effort of all the muscles and the elastic, steel legs. For a moment, he was inxicated, and there was no doubt that this state of intoxication was mutual.

‚Oh, miracle!’ he whispered in a prayerful voice.

The sensation changed as if chopped with an ax, because Florence reached the brook. Zygmuś, fortunately, was also able to ride a motorcycle. Almost laying herself and almost not changing the speed, the mare changed the direction and turned to the very sight of a frightening obstacle, much like the slug on the slag. Zygmuś tried to slow her down a bit, but Florence shook her head, kicked her hind legs, and went to finish looking at the target, Monika and her father.

‚Well, she does have good moves,’ old Gąsowski said gratefully.

‚Not too good for the first time?’ Monika was concerned.

‚We’ll see…’

Florence treated the target atypically, not as the end of the ride, but as a kind of flying finish. She turned, less nervously than before the brook, but with equal imagination, and rushed back to the meadow.

‚Oh God!’ Zygmuś moaned in panic, and he put all his strength into braking the momentum of the horse. He had to start teaching her obedience and for nothing in the world did he want to jerk and hurt her velvety muzzle. He began to pull gently, though firmly, the mare felt a certain hand, she reacted reluctantly, slowed down, shortened her walk, turned in accordance with the order, passed into a trot, and finally into the stern. It was a peculiar stern, the front legs walking calmly, the back scurried in a waltz. They returned to the starting place.

‚What’s with her about this brook?’ Zygmuś asked happily, jumping off. ‚Ten centimeters of water! Jesus, what a horse! Soft in the mouth, carrying like an angel, I kept holding on the whole time, if she will not be for long distances, I’m a lump of peas!’

Old Gąsowski looked  at the horse carefully, Florence, dancing, wanted to go on running. Apparently,for everything in the world, this game was very popular with her.

‚I do not understand the colour,’ he said. ‚Bone-dry… After Saragan they were dry mostly, except that which went into mother, but here all of them are bay and that one is entirely black. Who does she have it after?’

Despite the raging enthusiasm, Zygmuś managed to bite his tongue. Who she has, what kinf of a question is it, Devil was as black as the real devil. After her father of course! And other advantages, too, except that Devil was not afraid of any monkeys, sticks and grasses. She’ll live up to him, sure as God in heaven, maybe she’ll exceed the legendary Demona…

‚I was scared she’d make a rodeo,’ Monika confessed. ‚Although I was lying on her and she nothing, she even liked it, but I thought she was just cuddly. Here, darling, here, eat that.’

Florence greedily devoured two cubes of sugar and clearly let them know she was ready to run. Zygmuś took off her harness off her, there was nothing to wipe off. She grieved with great displeasure.

‚I told you she liked being dressed well,’ Monika pointed out.

‚Okay, let her go,’ her father said. ‚Then she will go to our little paddock, the perches are already nailed. We will have to break those fears, because God forbid the shadow will fall across, and she will kill the rider. We’ll start tomorrow, and you Zygmuś will try the stern, because she must walk too…’

Before they continued the training, Monika and Zygmuś saw something that made them rub their eyes in an unanimous gesture. They were just drinking tea by the window overlooking the paddock, where Florence was nibbling on a thin grass near the fence. Lush clover right next to her she liked her much more, she had no way to reach it. She tried her method, apparently perfectly rehearsed, she bent her legs, but she could not fit under the extra perch. Zygmuś and Monika watched in an petrified astonishment as she stepped back, lay down and rolled over to the other side, pulling her hooves to her belly. She got up, shook off like the dog going out of water, and with obvious satisfaction entered the clover.

Monika spoke only after a long moment.

‚Zygmuś, are you really sure he did not teach her that…?

‚Circus horse, for my love of God,’ said Zygmies. ‚I don’t know at all now, but he’s not good enough. But maybe a freak…”