„Baśń o pięknej Parysadzie i o ptaku Bulbulezarze”, B. Leśmian
"The tale about beautiful Parysada and about bird Bulbulezar", B. Leśmian

Ostatnie opowiadanie z książki „Klechdy sezamowe” Bolesława Leśmiana.

Daleko, daleko, za górą, za rzeką, za zielonym borem, za modrym jeziorem, w pobliżu rozstaju, w sąsiedztwie ruczaju stał niegdyś pałac, a obok pałacu — ogród, a obok ogrodu — droga, która prowadziła nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd.
W tym pałacu mieszkało dwóch braci: Bachman i Perwic, wraz z siostrą Parysadą. Parysada była tak piękna, że sama zawsze dziwiła się swojej urodzie. Oczy miała pełne zdziwienia, a usta pełne śmiechu. Śmiała się nieustannie. Nigdy łza nie zabłysła w jej oczach. Nie umiała płakać.
Obydwaj bracia bardzo ją kochali i spełniali każde jej życzenie.
Pewnego razu Bachman i Perwic wyjechali na polowanie. Parysada sama w domu została. Podbiegła do okna i przez okno wyjrzała do ogrodu. W ogrodzie słońce świeciło, w słońcu błyskały kwiaty, w kwiatach złociły się pszczoły, które miód zbierały.
Parysada zaśmiała się i rzekła sama do siebie:
Pszczoła po kryjomu
W kwiatach szuka miodu.
Nudzi mi się w domu,
Pójdę do ogrodu.
Wdzieję strój pstrokaty
Dziwacznego kroju
I pomiędzy kwiaty
Pobiegnę w tym stroju!
Przywdziała natychmiast strój pstrokaty i pobiegła do ogrodu.
Biegła od altany do altany, od klombu do klombu, z alei w aleję, ze ścieżki na ścieżkę, od słońca, od wiosny — w cień dęba i sosny, a z owego cienia — ponad brzeg strumienia, a z brzegu do jaru, a z jaru — na wzgórze, a ze wzgórza — w gąszcze, między bzy i róże!
Biegła tak wciąż, aż wreszcie zabiegła na sam koniec ogrodu. Na samym zaś końcu płot się jarzy w słońcu, a pod płotem — mech zielony, a w mchu rośnie grzyb czerwony.
— Co za dziwny grzybek! — zawołała Parysada. — Jedną ma tylko nóżkę, a na tej nóżce czerwoną czapkę! Gdy go obcasem w tę czapkę uderzę, natychmiast z niej kłąb kurzu wyleci, jak dym z komina.
I Parysada uderzyła grzybek obcasem.
Ze spróchniałego grzybka wystrzelił kłąb kurzu. Kłąb się zakłębił, kurz się zakurzył. Grzybek zniknął nagle z oczu Parysady, a na miejscu grzybka zjawił się karzełek w czerwonej czapce. Karzełek spojrzał na Parysadę i zaczął płakać.
W pobliżu płotu leżała rzepa, którą ktoś przez płot wrzucił do ogrodu. Karzełek, płacząc, pobiegł do rzepy. Usiadłszy na rzepie, zalewał się łzami, zapłakane ślepie ocierał kwiatami. Ocierał i płakał, płakał i ocierał i na Parysadę po przez łzy spozierał.
— Karzełku! — zawołała Parysada. — Czemu tak rozpaczasz? Czemu się łzami zalewasz? Może za mocno uderzyłam ciebie obcasem w czapkę czerwoną? Lub może cię boli to, że przestałeś być grzybkiem pod płotem, a zamieniłeś się w karzełka?
— Płacz razem ze mną! — odpowiedział karzełek, płacząc coraz głośniej i załamując drobne mchem porosłe dłonie.
— Płakałabym chętnie, ale nie mogę! — odrzekła Parysada. — Nie umiem płakać. Nie wiem nawet, jak to trzeba oczami mrugać, żeby z nich łzy wytrysły. Nie mam wreszcie powodu do płaczu. Jestem szczęśliwa i wesoła. Mam wszystko, co mieć pragnę. Mam piękne oczy, piękne usta i piękne włosy. Mam dwóch braci, którzy spełniają każde moje życzenie. Mam pałac i ogród i mnóstwo sukien złotych, srebrnych, błękitnych, zielonych, purpurowych i pstrokatych. Trudno mi płakać bez powodu. Powiedz mi lepiej, dlaczego płaczesz i dlaczego załamujesz dłonie?
Karzełek wsparł się łokciem o brzeg rzepy i zawołał:
— Płaczę nad tobą i nad tobą załamuję dłonie! Masz bowiem urodę, masz dwóch braci i pałac i ogród i mnóstwo sukien bogatych — ale nie masz trzech dziwów, które mieć powinnaś! Gdybyś miała te trzy dziwy, byłabyś najszczęśliwszą istotą na świecie!
— Cóż to za trzy dziwy? — spytała zaciekawiona Parysada.
Karzełek przestał płakać i rzekł:
— Trzy dziwy, bez których trudno istnieć na świecie! Po pierwsze — dąb-samograj, po wtóre — struga-złotosmuga, po trzecie — ptak Bulbulezar. Dąb-samograj ma liście, które, zamiast szumieć, grają, niby harfy, a gałęzie, które, zamiast skrzypieć, wtórują, niby basetle. Struga-złotosmuga posiada tę czarodziejską właściwość, że dość z niej kroplę jedną zaczerpnąć i do basenu przelać, a kropla ta zwiększa się, olbrzymieje, wzbiera, napełnia po brzegi basen cały i wytryska z basenu w błękit strugą złocistą, która opada i znów się wznosi nieustannie, trafiając zawsze w obręb basenu i nigdy nie przelewając się przez brzegi. Najciekawszym jednak dziwem jest ptak Bulbulezar. Skrzydła ma pawie, szyję — łabędzią, dziób — bociani, pazury — sępie, a oczy jaskółcze. Głosem ludzkim gada, bajki opowiada. Co opowie bajkę — to zapali fajkę. Tylko ów jest szczęśliwy, kto posiada te dziwy. Płacz więc, Parysado, bo nie masz ani dęba-samograja, ani strugi-złotosmugiej, ani ptaka Bulbulezara!
— Płakać nie mogę, płakać nie umiem! — odrzekła Parysada. — Powiedz mi lepiej, gdzie się znajdują te trzy dziwy, abym je mogła posiąść?
— O biedna, nieszczęśliwa Parysado! — zawołał karzełek. — Dziwy te znajdują się w oddali, ale droga ku nim leży w pobliżu. Jest to ta sama droga, która, wijąc się pod płotem twego ogrodu, prowadzi nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. Nieraz zapewne obojętnym okiem spoglądałaś na tę drogę, nie wiedząc o tym, że jest to droga zaklęta, sennym zielem porośnięta, pełna ciszy i milczenia i dziwnego przeznaczenia. Tą drogą iść trzeba przez dni dwadzieścia wprost przed siebie, ani kroku nie zwalniając, ani z drogi nie zbaczając. Po dniach dwudziestu zobaczysz skałę, a pod skałą — źródło. Zatrzymasz się u źródła pod skałą i pierwszego przechodnia zapytasz, gdzie się znajduje dąb-samograj, struga-złotosmuga i ptak Bulbulezar. Pierwszy ów przechodzień wskaże ci dalszą drogę do tych dziwów.
Parysada chciała jeszcze spytać karzełka o dokładniejsze wskazówki i szczegóły podróży, ale karzełek zniknął nagle z jej oczu. Nie było śladu karzełka, ani grzybka pod płotem. Została tylko rzepa, którą ktoś rzucił przez płot do ogrodu.
Parysada wróciła do pałacu. Żądza posiadania trzech dziwów tak ją opętała i tak niecierpliwiła, że nie mogła sobie dać rady. Biegała po pokoju z kąta w kąt, tam i z powrotem. Zmęczona bieganiem, siadła na krześle. Znużona siedzeniem na krześle, podbiegła do okna i siadła na oknie. Zniecierpliwiona siedzeniem na oknie, podbiegła do stołu i siadła na stole.
Właśnie w tej chwili dwaj bracia Parysady wrócili z polowania. Obydwaj zdziwieni spojrzeli na Parysadę.
— Siostro moja kochana! — zawołał Bachman. — Co ci się stało, że siedzisz na stole? O ile pamiętam, nigdy dotąd na stole nie siadywałaś.
— Siedzę na stole, żeby nie siedzieć na oknie — odparła Parysada.
— A któż ci kazał siedzieć na oknie? — spytał Perwic.
— Siedziałam na oknie, żeby nie siedzieć na krześle — odrzekła Parysada.
— Czemuż nie chciałaś siedzieć na krześle? — rzekł zdziwiony Bachman.
— Nie tylko na krześle, ale na żadnym miejscu usiedzieć nie mogę! Nudzę się i nudzę. Niecierpliwię się i niecierpliwie. Smucę się i smucę! Gdybym umiała płakać, tak bym się głośno rozpłakała, że musielibyście uszy zatykać i z pałacu co tchu zmykać! Jestem nieszczęśliwa, nieszczęśliwa, nieszczęśliwa!
— Czegóż ci brak, siostro nasza? — zawołali chórem Bachman i Perwic. — Powiedz jedno tylko słowo — a życzenie twoje natychmiast będzie spełnione!
— Wielka jest moja niedola! — wołała Parysada, zeskakując ze stołu. — Smutek mój nie ma granic! Bracia moi, ratujcie mnie, ratujcie! Brak mi do szczęścia trzech rzeczy, trzech cudów, trzech dziwów: brak mi dęba-samograja, brak mi strugi-złotosmugiej, a najbardziej mi brak ptaka Bulbulezara!
— Parysado! — zawołał Bachman. — Nie pozwolę na to, abyś z powodu braku tych trzech dziwów znosiła takie męki. Dostarczę ci i dęba-samograja i strugi-złotosmugiej i ptaka Bulbulezara. Muszę wpierw jednak wiedzieć, gdzie się znajdują te dziwy.
— Bachmanie! — rzekła Parysada. — Dziwy te znajdują się w oddali, lecz droga do nich zaczyna się w pobliżu, tuż pod płotem naszego ogrodu. Droga to zaklęta, sennym zielem porośnięta, pełna ciszy i milczenia, i dziwnego przeznaczenia. Przez dni dwadzieścia trzeba iść tą drogą wprost przed siebie, ani kroku nie zwalniając, ani z drogi nie zbaczając. Po dniach dwudziestu zobaczysz skałę, a pod skałą źródło. Staniesz koło źródła pod skałą i zaczekasz, aż się zjawi pierwszy przechodzień. Kto pierwszy się zjawi, ten ci dalszą drogę wskaże.
— Kto ci o tym mówił? Kto o tym powiadał? — spytał Bachman.
— Mówił mi o tym, powiadał o tym mały karzełek, co się pod płotem z grzybka narodził w naszym ogrodzie i znikł mi z oczu, jak kamień w wodzie!
— Parysado! — rzekł Bachman. — Spełnię twe życzenie w jedno okamgnienie! Mój konik bułany posłuszny ostrodze. Popędzę, polecę po zaklętej drodze. Po zaklętej drodze, po ziemskim obszarze: trzy dziwy, trzy cuda przywiozę ci w darze!
Bachman natychmiast osiodłał konia bułanego i stanął konno przed pałacem, aby się z siostrą i z bratem pożegnać.
Parysada spojrzała na Bachmana i, wzruszona jego odjazdem, zawołała:
— Bracie mój najstarszy, drogi mój Bachmanie! Trwogą mnie przejmuje nasze pożegnanie! Podróż twa zaklęta, straszna i daleka. Nie wiadomo, co cię w tej podróży czeka. Może zginiesz w kraju obcym i nieznanym i już nie powrócisz na koniu bułanym! Chętnie bym cię łzami żegnała na drogę, lecz nie umiem płakać i płakać nie mogę!
— Nie płacz, siostro moja, i nie ucz się płakać! — odrzekł Bachman wesoło. — Nie boję się strachów, nie lękam się złych czarów. Lubię drogi błędne, lubię podróże zaklęte, lubię przygody niespodziane. Raduję się na myśl, że spełnię życzenie twoje, dostarczając dziwów troje! Powrócę do domu na koniu bułanym — ale powrócę z dębem-samograjem, ze strugą-złotosmugą i z ptakiem Bulbulezarem. Na pożegnanie dam ci sztylet złoty w pochwie srebrnej. Obnażaj go co dzień wieczorem, gdy słońce zajdzie za borem, i przeglądaj się uważnie jego ostrzu. Jeśli ostrze będzie czyste, połyskliwe i złociste — to znaczy, że jestem zdrów i żyw i nic mi się złego nie stało. Lecz jeśli na ostrzu kropla krwi się zjawi i sztylet zardzawi — to znaczy, że zginąłem gdzieś w kraju nieznanym i że już nie wrócę na koniu bułanym!
Bachman wyjął z zanadrza sztylet złoty w pochwie srebrnej i podał go Parysadzie.
Parysada, ukrywszy sztylet na piersi, wspięła się na palcach, ażeby ucałować na pożegnanie brata, który się z konia ku niej przechylił. Zbliżył się i Perwic, aby się z Bachmanem pożegnać.
Pożegnali się, pocałowali się, dali sobie uścisk bratni, spojrzeli po raz ostatni — i Bachman spiął konia ostrogami.
Biegnie konik bułany przez łąki i przez łany, przez kurze i przez kwiaty — w nieznane biegnie światy. Nad nim słoneczna spieka, przed nim droga daleka, droga dziwna i kręta, coraz bardziej zaklęta!
Perwic i Parysada długo patrzyli w ślad za odjeżdżającym Bachmanem, aż wreszcie zniknął im z oczu.
Smutni wrócili do pałacu, narzekając na los, który ich brata zmusił do tak niebezpiecznej podróży. Przebiegli samotne i puste pokoje, przy otwartym oknie stanęli oboje; stanęli przy oknie, by na los narzekać, i na powrót brata jęli razem czekać.
Jedzie Bachman, jedzie tam, gdzie droga wiedzie. Jedzie, kroku nie zwalniając, ani z drogi nie zbaczając. Mija puste błonia i mówi do konia:
— Biegnij, koniu bułany, przez łąki i przez łany, przez jary i przez kwiaty — w nieznane biegnij światy. Biegnij drogą zaklętą, sennym zielem porośniętą, pełną ciszy i milczenia i dziwnego przeznaczenia.
Koń słyszy słowa Bachmana i rozumie jego mowę. Biegnie po drodze zaklętej bez znużenia, bez zmęczenia, bez przestanku, bez wytchnienia.
Droga przed nim pusta i bezludna, jeno coraz bardziej zaklęta. Taka zaklęta, że aż strach bierze, a w oczach ciemno się robi, choć słońce świeci na niebie. Lecz Bachman jest odważny i strachu nie czuje. Przyjemnie mu i wesoło biec po drodze zaklętej!
Przez dni dwadzieścia pędził wprost przed siebie, aż wreszcie po dniach dwudziestu ujrzał skałę, a pod skałą źródło. Zeskoczył z konia i stanął przy źródle, pod skałą.
Ledwo stanął — a już na spotkanie mu wyszedł z gęstwiny drzewnej derwisz stary.
— Pierwszy to przechodzień, który mi się na drodze zjawił, jego więc o drogę dalszą zapytam — pomyślał Bachman, pilnie przyglądając się derwiszowi.
Nigdy jeszcze Bachman nie widział tak starego derwisza. Wzrostu był olbrzymiego, a karku pochyłego. Broda mu od starości tak się rozrosła, że sięgała ziemi i włóczyła się po drodze. Wąsy tak się gęsto rozkrzewiły pod nosem, że przesłaniały szczelnie usta, niby wiecha słomiana. Brwi i rzęsy tak się gęstwiły nad oczami, jak sitowie. Nie widać było oczu, ani ust, ani nosa, jeno samą włochatość, wąsatość i brodatość. Zdawało się, że to nie człowiek idzie, lecz żywy snop siana.
Derwisz podszedł do Bachmana i stanął w milczeniu.
— Derwiszu! — rzekł Bachman. — Jadę z siostry polecenia, nie mam czasu do stracenia. Wskaż mi drogę, wskaż mi miejsce, gdzie się znajduje dąb-samograj, struga-złotosmuga i ptak Bulbulezar.
Począł derwisz coś mruczeć i bełkotać, i gadać, i mamrotać, ale gęstwa wąsów usta mu przesłaniała i mówić przeszkadzała. Mówił żwawo i raźnie, lecz mówił niewyraźnie. Mówił grzecznie, przyjemnie, lecz zgoła nadaremnie! Nie mógł bowiem Bachman nawet słowa jednego zrozumieć.
— Derwiszu! — zawołał. — Gadasz na próżno! Słowa ci grzęzną w wąsach i nie dolatują moich uszu. Słyszę tylko mruczenie i bełkotanie. Muszę ci najpierw ostrzyc brodę i wąsy i rzęsy i brwi, a potem dopiero będę mógł się z tobą porozumieć. Mam przy sobie nożyce-wyrwiwłosy. Pozwól więc, że cię ostrzygę.
Derwisz skinął głową na znak, że pozwala.
Bachman wyciągnął z kieszeni nożyce-wyrwiwłosy i zabrał się natychmiast do strzyżenia.
Nożycami-wyrwiwłosami obciął brodę derwiszowi. Spadła broda pod skałę, przesłoniła źródło całe. Dzwoniąc wciąż nożycami, zabrał się do brwi i do rzęs, ażeby odsłonić źrenice dziwnego starca. Zadzwoniły wnet nożyce — odsłoniły się źrenice. Bachman tymczasem obciął derwiszowi olbrzymie wąsy. Spadły wąsy w pobok skały, a usta się ukazały. Derwisz mrugał oczami i poruszał ustami.
— Chwała Bogu, chwała Bogu! — wołał radośnie. — Mogę teraz patrzeć w dale, mogę mówić zrozumiale! Zdaje mi się, że odmłodniałem, choć mam już trzysta trzydzieści trzy lata. Dwieście lat temu straciłem ojca i matkę, a sto lat temu straciłem pamięć wszystkiego, co się na świecie dzieje. Jestem zmęczony, jestem znużony, jestem strudzony! Chciałbym już zasnąć snem wiekuistym i odpocząć w ciszy mogilnej. Ale nie wolno mi umrzeć dopóty, dopóki jakikolwiek rycerz śmiały nie zdobędzie dęba-samograja, strugi-złotosmugiej i ptaka Bulbulezara. Już tysiące rycerzy chciało zdobyć te dziwy, lecz wszyscy zginęli, nic nie zdobywszy.
— Właśnie chcę cię spytać o drogę do tych dziwów — zawołał Bachman.
— Szalony młodzieńcze! — odparł derwisz. — Poniechaj swego zamiaru, bo zginiesz, jak inni zginęli.
— Zamiar mój jest nieodwołalny — odpowiedział Bachman. — Nie cofnę się z drogi, choćby mnie zguba na tej drodze czekała! Wskaż mi drogę — lub pójdę sam, bez twojej pomocy!
— Nieszczęsny śmiałku! — zawołał derwisz. — Bez mojej pomocy i bez moich wskazówek zginąłbyś od razu, wolę więc dać ci wskazówki i rady. Gdyby ci się wyprawa po te trzy dziwy udała, zasnąłbym nareszcie snem wiekuistym i odpocząłbym w ciszy mogilnej po trzystu trzydziestu trzech latach istnienia na ziemi. Nie wierzę jednak w twoje zwycięstwo. Jestem pewien, że zginiesz, jak zginęli inni. Widzę wszakże, że jesteś uparty i że nie powstrzymam cię od twoich zamiarów. Słuchaj więc uważnie, co powiem. Jestem zmęczony, jestem znużony, jestem strudzony! Już od stu lat duchy niewidzialne każą mi istnieć wbrew woli w pobliżu tej skały, pod którą źródło tryska. Tu muszę trwać, tu muszę żyć, tu muszę istnieć po to tylko, aby takim, jak ty, szaleńcom wskazywać drogę do trzech dziwów, których posiadanie nęci ludzi, chciwych czaru i cudu. Nie wolno mi zasnąć, nie wolno mi umrzeć, nie wolno mi spocząć! Jestem zmęczony, jestem znużony, jestem strudzony!
Mówiąc to, derwisz wyjął z torby, którą miał u pasa, kulę złotą i podał Bachmanowi.
— Gdy dosiędziesz konia — mówił dalej — rzuć tę kulę przed siebie. Potoczy się ona po drodze, ty zaś dąż w ślad za nią. Dąż w ślad za nią, śledź oczyma, aż się ta kula zatrzyma. Zatrzyma się w tajemnicy u stóp Góry-Cmentarnicy — bo tak się ta góra nazywa. Zeskoczysz wówczas z konia i zostawisz go samopas. Koń się z miejsca nie ruszy i będzie czekał na ciebie. — Słuchaj teraz uważnie, co masz czynić dalej. U stóp Góry-Cmentarnicy znajdziesz ścieżkę-złotobrzeżkę. Pójdziesz ścieżką-złotobrzeżką pod górę. Ścieżka ta rozszerza się w drogę obszerną. Po obu stronach drogi stoją posągi kamienne. Nie są to posągi, jeno ludzie żywi, w martwy kamień zaklęci. Pomiędzy posągami idź prosto przed siebie, aż na sam szczyt góry. Pamiętaj, abyś szedł przed siebie, a nie oglądał się za siebie. Będą cię straszyły duchy niewidzialne. Oczy twoje nic nie zobaczą, jeno uszy twoje posłyszą wrzaski i wołania, groźby i szczekania, i szmery, i śpiewy, i martwe powiewy… Jeśli się obejrzysz za siebie — natychmiast się zamienisz w posąg kamienny, aby zwiększyć liczbę tych posągów, które stoją po obu stronach niebezpiecznej drogi. Idź więc prosto przed siebie, aż dojdziesz do samego szczytu Góry-Cmentarnicy. Na samym szczycie góry zobaczysz cokół marmurowy. Na tym cokole stoi klatka złota. W tej klatce złotej siedzi ptak Bulbulezar. Nie zważaj na groźby i wrzaski tego ptaka, jeno co prędzej pochwyć w dłonie klatkę złotą — wszelkie niebezpieczeństwo minie, wrzaski duchów niewidzialnych ucichną. Możesz wówczas śmiało obejrzeć się za siebie i możesz rozkazywać Bulbulezarowi, który odtąd będzie posłuszny twym rozkazom. Oto wszystko co ci chciałem powiedzieć. Bulbulezar zaś powie ci, co masz czynić dalej.
— Spełnię dokładnie wszystkie twoje rady, mądry derwiszu! — zawołał Bachman. — Jestem pewien, że zdobędę trzy dziwy na Górze-Cmentarnicy i że będziesz mógł zasnąć snem wiekuistym i odpocząć po trzystu trzydziestu trzech latach istnienia na ziemi.
— Oby tak się stało! — szepnął derwisz, wznosząc oczy ku niebu. — Nie wierzę jednak, abyś celu dopiął! Już tylu mężnych rycerzy przed tobą poszło na Górę-Cmentarnicę, a nikt z nich stamtąd nie wrócił. Obejrzeli się za siebie — i zamienili się w posągi, w kamienne dziwolągi. Raz jeszcze ostrzegam ciebie: poniechaj szalonego zamiaru, wyzbądź się chęci posiadania trzech dziwów nad dziwy, nie zbliżaj się nawet do Góry-Cmentarnicy! Co prędzej wracaj do domu i zapomnij o dębie-samograju, o strudze-złotosmugiej i o ptaku Bulbulezarze.
Uśmiechnął się Bachman i odpowiedział:
— Derwiszu, derwiszu, próżne twe przestrogi! Już się nie zawrócę z tej zaklętej drogi! Dojdę aż do szczytu Góry-Cmentarnicy i zdobędę dziwy, pełne tajemnicy!
Wskoczył Bachman na siodło za jednym podskokiem, wokoło wesoło spojrzał mężnem okiem, derwiszowi staremu grzecznie się ukłonił, ściągnął cugle złociste, ostrogą zadzwonił, rzucił kulę przed siebie — a ta kula złota potoczyła się sama, jak żywa istota.
Potoczyła się kula po drodze, połyskując w słońcu. Bachman konno w ślad za nią pędził. Coraz szybciej toczyła się kula, coraz szybciej biegł za nią koń bułany, i coraz szybciej zbliżał się Bachman do celu swojej podróży.
Zbliżał się i zbliżał, aż wreszcie ujrzał w oddali Górę-Cmentarnicę. Ujrzał Górę-Cmentarnicę i zawołał radośnie!
— Tocz się, tocz się, kulo złota! Biegnij, koniu mój bułany! Gwiazda w niebie już migota, wieją zmierzchy i tumany! Dziś, nim nocne przyjdą chmury, chcę już być na szczycie góry!
Ledwo tych słów domówił — a kula potoczyła się do stóp Góry-Cmentarnicy i nagle znieruchomiała. Zeskoczył Bachman z konia, a koń bułany stanął, jak wryty. Niewidzialne moce kazały mu tak stać i czekać na powrót swego pana.
Bachman zbliżył się do Góry-Cmentarnicy i od razu spostrzegł ścieżkę-złotobrzeżkę, która w zmierzchu wieczornym tliła się złociście dziwnym gromnicznym światłem.
Nieustraszony Bachman wstąpił na ścieżkę-złotobrzeżkę i tą ścieżką jął się wspinać pod górę. Wspinał się i wspinał, szedł i szedł coraz wyżej, coraz chyżej, aż wreszcie ścieżka-złotobrzeżka rozszerzyła się w drogę obszerną, w drogę przestronną.
Mrok nocny już zapadł. Cicho było i bezludnie na drodze obszernej, na drodze przestronnej. Ani żywego ducha, ani wietrzyka w przelocie! Nawet komar, nawet mucha nie zabrzękły w tej martwocie! Martwo i pusto i straszno i bezludnie.
Pomimo mroku nocnego dojrzał Bachman po obu stronach drogi nieruchome posągi — kamienne dziwolągi. Byli to rycerze żywi, w martwy kamień zaklęci. Chcieli dotrzeć do szczytu Góry-Cmentarnicy, aby zdobyć trzy dziwy, trzy cuda — lecz nie dotarli: za siebie się obejrzeli — i w posągi skamienieli.
Stał jeden obok drugiego, posąg obok posągu, dziwoląg obok dziwolągu. Długie cienie padały od nich na drogę, tak że Bachman, idąc po drodze, następował na te cienie co chwila, następował, nadeptywał — lecz podróży nie przerywał.
Szedł dalej śmiało i odważnie. Dotąd nie słyszał żadnych głosów i nie spotkał żadnych strachów. Aż tu nagle poczuł, że się coś za nim porusza… O mało się nie obejrzał za siebie, lecz natychmiast przypomniał sobie radę derwisza, więc uśmiechnął się i szedł dalej. Coś się znów za nim poruszyło i zbliżyło się z tyłu do jego stóp… Zdawało się Bachmanowi, że ktoś niewidzialny schwyci go nagle za stopy… Szedł jednak dalej, nie oglądając się za siebie. W tej chwili posłyszał za sobą Szept i Wrzask.
— Zabiję cię, zabiję! — wrzeszczał Wrzask.
— Zatrzymaj się, nie idź dalej! — szeptał Szept.
Bachman zadrżał — ale się nie obejrzał.
— Wolałbym mieć do czynienia z widzialnymi strachami, niż z niewidzialnymi — pomyślał, blednąc na twarzy. — Najstraszniej jest wówczas, gdy się słyszy z tyłu, za plecami, czyjś Szept i Wrzask, a nie widzi się tego, kto szepcze i wrzeszczy.
Zaledwo to pomyślał, uczuł Dech martwy, Dech trupi za plecami.
— Już go dotykam, już go owiewam! — dyszał Dech.
Mróz przeszedł po kościach Bachmana, zimny pot wystąpił mu na czoło. Długie cienie posągów wydłużyły się jeszcze bardziej pod jego stopami. Mrok nocny jeszcze bardziej pociemniał. Na drodze obszernej, na drodze przestronnej pusto było i bezludnie. Żadnych kształtów, żadnych postaci — nic, prócz Szeptów i Wrzasków, i martwych Oddechów.
— To on, to on! Chwytaj go, chwytaj! — wrzeszczał Wrzask, coraz bardziej zbliżając się do Bachmana.
— Uciekaj, póki czas! Strzeż się pogoni! — szeptał Szept i też się zbliżył z tyłu do Bachmana.
Bachman zrobił kilka kroków naprzód, nie oglądając się za siebie, lecz w tej chwili posłyszał za sobą stąpanie czyichś nóg, które biegły ku niemu.
— Chwytaj go, chwytaj! — wrzeszczał Wrzask.
— Zginąłeś, zginąłeś! Nie ujdziesz pogoni! — szeptał Szept.
I posłyszał Bachman za sobą drugie i trzecie stąpanie, a potem głuchy odgłos tysiąca rozbieganych stóp… Niewidzialna pogoń zbliżała się ku niemu. Tysiące stóp biegło i pełzło ze zgiełkiem, szmerem i tętentem. Coraz bliżej, coraz chyżej… Słyszał je tuż za sobą o krok, o pół kroku… I uczuł nagle tuż za plecami ruch i rozruch tysiąca niewidzialnych, tajemniczych rąk, które się kłębiły i prężyły, i wyciągały ku niemu, aby go pochwycić. Czyje to były ręce? Do kogo należały? Kto je wyciągał? Kto chciał nimi pochwycić Bachmana? Co za postacie, co za potwory kłębiły się za jego plecami? Jakie oczy, jakie twarze miały te potwory? — Lecz nie widać było twarzy i nie widać było oczu, jeno słychać było wraży tętent, zgiełk i szmer w pomroczu!
I nie widać było rąk, jeno słychać było — ruch! Niewidzialne czary wkrąg! Niewidzialny duch! A ręce się prężyły i wyciągały… Słychać było, jak trzaskają w stawach — suche, kościste ręce. I zdawało się Bachmanowi, że już go dosięgają, dotykają, że za chwilę już go pochwycą…
Zachwiały się pod nim nogi, cała twarz zdrętwiała mu od strachu, serce w piersi zamarło. Otworzył szeroko przerażone oczy i obejrzał się za siebie…
Obejrzał się — i natychmiast skamieniał w posąg martwy. Długi cień od nowego posągu upadł na drogę obszerną, na drogę przestronną i zmieszał się z cieniami dawnych posągów — kamiennych dziwolągów.
Cisza nagła zapanowała na Górze-Cmentarnicy.
Zamilkły Szepty i Wrzaski, i Tętenty, i Stąpania.
Pierzchła wszelka złuda — skończyły się cuda. Po skończonym cudzie — pustka i bezludzie. Ani żywego ducha, ani wietrzyka w przelocie! Nawet komar, nawet mucha nie zabrzękły w tej martwocie.
Tymczasem w pałacu Parysada i Perwic niecierpliwie wyczekiwali powrotu Bachmana. Przez dni dwadzieścia co dzień wieczorem, gdy słońce zaszło za borem, Parysada ze srebrnej pochwy wyjmowała sztylet złoty i przyglądała się uważnie jego ostrzu. Przez dni dwadzieścia ostrze było czyste, połyskliwe i złociste, więc Parysada z uśmiechem mówiła do Perwica:
— Brat nasz zdrów i żyw i nic mu się złego nie stało.
Nadszedł dzień dwudziesty pierwszy. Minął świt, minęło południe i nastąpił wieczór. Słońce zaszło za borem, i Parysada, jak zazwyczaj, obnażyła sztylet złoty, aby się przyjrzeć jego ostrzu.
Przyjrzała się i pobladła.
— Perwicu! — szepnęła głosem drżącym. — Na ostrzu krwi kropla nagle się zjawiła, sztylet zardzawiła! Brat nasz Bachman zginął gdzieś w kraju nieznanym i już nie powróci na koniu bułanym! Płakałabym chętnie, płakałabym rada, lecz nie umiem płakać, choć płakać wypada. Grób dla mnie wyoraj w samym środku świata! Miałam brata wczoraj — dzisiaj nie mam brata! Nie mam ani brata, ani dęba-samograja, ani strugi-złotosmugiej, ani ptaka Bulbulezara!
— Nie narzekaj, siostro, nie załamuj dłoni! Konik mój cisawy wart stu innych koni! Polecę ja na nim choćby na skraj świata. Zemszczę się co prędzej za śmierć mego brata! Przyjadę z powrotem krwawy, ale żywy — przywiozę ci w darze trzy cuda, trzy dziwy!
— Nie puszczę cię, Perwicu, nie puszczę! — zawołała Parysada. — Zginiesz tak samo, jak zginął Bachman. Nie znasz niebezpieczeństw, które czyhają na ciebie po drodze zaklętej. Jesteś teraz jedynym moim bratem. Zostań w domu, zostań w domu! Wolę się wyrzec trzech dziwów, niż stracić ciebie!
— Zostałbym w domu, gdybym był pewien, że możesz się obejść bez dęba-samograja, bez strugi-złotosmugiej i bez ptaka Bulbulezara. Lecz widzę ja dobrze, że pragniesz tych trzech dziwów. Wolisz je mieć, niż nie mieć. Wolisz je posiadać, niż nie posiadać.
— To prawda, że wolę je mieć, niż nie mieć. I to prawda, że wolę je posiadać, niż nie posiadać. Nie chcę jednak dla pozyskania tych dziwów narażać twego życia.
— Nie chcesz narażać mego życia, ale chcesz pozyskać te dziwy — rzekł z uśmiechem Perwic.
— To prawda, że chcę pozyskać te dziwy — szepnęła Parysada. — Brak mi ich tak bardzo, że rady sobie dać bez nich nie mogę! To mi brak dęba-samograja, to znów strugi-złotosmugiej, to znów ptaka Bulbulezara. Najczęściej jednak brak mi ptaka. Nie widziałam go na oczy, a brak mi go na niewidziane. Wczoraj dzień cały chodziłam z kąta w kąt po pokoju i wciąż powtarzałam: Bulbulezar, Bulbulezar, Bulbulezar — a dziś w nocy śnił mi się właśnie Bulbulezar. Dziób otwierał, mrugał okiem i poważnym chodził krokiem.
— Trudno! — zawołał Perwic. — Jeśli sam Bulbulezar we własnej osobie śnił ci się dzisiaj w nocy, muszę ci go dostarczyć. Natychmiast konia osiodłam i w drogę wyruszę dziś jeszcze.
Pobiegł Perwic na podwórze, osiodłał konia cisawego i stanął konno przed pałacem, aby się z siostrą pożegnać. Parysada wspięła się na palcach, żeby się z bratem na pożegnanie pocałować, a on tymczasem wyjął z zanadrza różaniec perłowy, podał jej i rzekł:
— Weź, Parysado, ten różaniec perłowy i co dzień o poranku przebieraj bez przestanku perły tego różańca. Dopóki się perły swobodnie na nici złotej przesuwać będą, dopóty wiedz, że jestem zdrów i żyw i nic mi się złego nie stało. Lecz, jeśli perły stężeją i wzajem się sczepią, i bez ruchu do złotej nici się przysklepią, tak że nie będziesz ich mogła przesuwać, wówczas wiedz, że zginąłem w nieznanym ustroniu i że już nie wrócę na cisawym koniu.
Ściągnął Perwic cugle, spiął konia ostrogą i pojechał przed się — tajemniczą drogą.
Jechał, kroku nie zwalniając, ani z drogi nie zbaczając. A droga była zaklęta, sennym zielem porośnięta, pełna ciszy i milczenia i dziwnego przeznaczenia.
Po dniach dwudziestu jazdy nieustannej ujrzał Perwic skałę, a pod skałą źródło.
Zeskoczył z konia i stanął koło źródła, pod skałą. Ledwo stanął — a natychmiast z lasu wyszedł mu na spotkanie derwisz stary.
— Jestem zmęczony, jestem znużony, jestem strudzony! — wołał derwisz. — Już trzysta trzydzieści trzy lata trwam na tym świecie, i nie mogę zasnąć snem wiekuistym, ani odpocząć w ciszy mogilnej! Duchy niewidzialne każą mi żyć i czuwać w pobliżu tej skały, abym młodym szaleńcom wskazywał drogę do trzech dziwów zaklętych!
— Derwiszu! — zawołał Perwic. — Chcę właśnie prosić o wskazanie mi tej drogi!
— Szaleńcze! — odrzekł derwisz. — Chcesz zginąć, jak zginęli inni, którzy tam poszli? Niedawno pewien młody rycerz, nie słuchając mych przestróg, udał się w tę podróż niebezpieczną i już nie powrócił. Zginął, jak zginęli inni, chociaż się zdawał śmiały i odważny!
— To był mój brat! — szepnął Perwic. — Żadne przestrogi nie odwiodą mnie od moich zamiarów! Pójdę w ślady mego brata. Może mi się uda jeszcze wyratować go lub zemścić się za śmierć, jeśli go śmierć spotkała! Nie mam czasu do stracenia, nie chcę zwłoki, ni wytchnienia! Wskaż mi drogę, starcze siwy, między cuda, między dziwy!
Derwisz wyjął złotą kulę z torby, którą miał u pasa, podał kulę Perwicowi i powiedział mu słowo w słowo to samo, co niegdyś Bachmanowi.
Dosiadł Perwic konia, rzucił przed siebie kulę złotą i popędził w ślad za nią.
Potoczyła się kula po drodze, po piasku, połyskując co chwila w słonecznym rozblasku.
Toczyła się tak długo, aż się wreszcie przytoczyła do podnóża Góry-Cmentarnicy — i znieruchomiała.
Zeskoczył Perwic z konia na ziemię — a koń, jeźdźca pozbyty, stanął w miejscu, jak wryty.
Tuż obok u stóp Góry-Cmentarnicy stał koń bułany i czekał na powrót Bachmana.
— Poznaję cię, koniu bułany, wierny koniu mego brata! — zawołał Perwic. — Stójże tu obok mego, cisawego, i czekaj cierpliwie, aż przyjdę z powrotem i powiem ci, co się z panem twoim stało!
Już zmierzch upadł na ziemię. Pierwsza gwiazda błysła w błękicie. Perwic od razu znalazł ścieżkę-złotobrzeżkę, która tliła się w zmierzchu światłem pozłocistym. Ścieżką-złotobrzeżką wkroczył na Górę-Cmentarnicę i szedł mężnie, szybkim krokiem, dziwną ścieżkę mierząc okiem.
Wkrótce ścieżka-złotobrzeżka rozszerzyła się w drogę obszerną, w drogę przestronną. Po obu stronach drogi stały w ładzie i bezładzie posągi — kamienne dziwolągi. Długie cienie padały od posągów na drogę. Perwic szedł po tych cieniach, co mu się kładły pod stopy. Szedł i powtarzał w duchu:
— Choćby piorun strzelił w niebie — nie obejrzę się za siebie!
Ledwo w myśli domówił tych słów — a nagle tuż za nim uderzył piorun niespodziany. Echo powtórzyło głuchy łoskot piorunu. Uśmiechnął się pod wąsem Perwic i pomyślał:
— Nie nastraszą mnie takie strachy, nie ulękną mnie takie lęki! Nie boję się piorunów! Szkoda tylko, że noc taka ciemna. Pies by się zabłąkał w takiej ciemności.
Ledwo Perwic słowo: pies — w myśli domówił — a natychmiast usłyszał za sobą szczekanie i wycie.
— Cóż to za psy-przybłędy włóczą się po Górze-Cmentarnicy? — pomyślał Perwic. — Zdawało mi się, że na tej górze kryją się nie psy, lecz smoki, które miauczą po kociemu, zgrzytają zębami, szumią skrzydłami i spadają niespodzianie na kark przechodniom, aby z nich wyssać krew całą.
Ledwo to pomyślał — a nagle coś w pobliżu zamiauczało po kociemu, zazgrzytało zębami i zaszumiało skrzydłami tuż nad jego karkiem. Wszakże Perwic nie obejrzał się za siebie i szedł śmiało dalej.
— Nie boję się smoków! — powiedział głośno. — Gdybym miał przy sobie strzelbę, chętnie bym takiego smoka upolował!
Ledwo słowo: strzelba — wymówił, a usłyszał za sobą Głos i Odgłos.
— Czy masz strzelbę przy sobie? — mówił Głos.
— Mam! — odpowiedział Odgłos.
— Nabij ją, a dobrze! — mówił Głos.
— Już nabiłem — odpowiedział Odgłos.
— Czy widzisz tego śmiałka, co kroczy dumnie po Górze-Cmentarnicy? — mówił Głos.
— Widzę — odpowiedział Odgłos.
— Wymierz mu lufą w same plecy! — mówił Głos.
— Już wymierzyłem! — odpowiedział Odgłos.
Dreszcz zimny przebiegł po plecach Perwica.
— Strzelaj, bo już czas! — zawołał Głos.
Rozległ się wystrzał tak potężny, że powietrze zadygotało, rwąc się niby w strzępy. Perwic uczuł, jak kula, o mało weń nie trafiwszy, świsnęła mu tuż nad uchem i zaryła się opodal w ziemię.
Nie obejrzał się Pewic za siebie i szedł dalej. Zaczął nawet drwić głośno z tych strachów niewidzialnych.
— Hej, wy tam, za mną, zaklęci i niewidzialni! — zawołał dumnie. — Kryjecie cię się za moimi plecami, zamiast spotkać się ze mną oko w oko! Nie umiecie strzelać! Nie trafiliście we mnie! Jestem żyw i zdrów! Daleka jeszcze ta chwila, gdy trzeba będzie grób dla mnie kopać!
Głos i Odgłos zbliżyły się naraz do Perwica.
— Czy masz motykę? — mówił Głos.
— Mam — odpowiedział Odgłos.
— Kopmy dół dla tego śmiałka, bo już czas! — mówił Głos.
— Kopmy, kopmy! — odpowiedział Odgłos.
Perwic posłyszał za sobą głuche uderzenia motyki.
— Nie przestraszy mnie wasza motyka, duchy niewidzialne! — zawołał gniewnie. — Wiem, że dopóty nic mi złego zrobić nie możecie, dopóki nie obejrzę się za siebie. Otóż przysięgam wam, moce niewidzialne, że nie obejrzę się, choćbyście największą skałę z gór wierzchoła stoczyły na mnie tak, że czułbym za plecami zbliżający się co chwila jej ciężar i ogrom, który śmiercią grozi każdemu, kogokolwiek spotka na drodze.
Zaśmiał się Głos, odeśmiał się Odgłos.
— Widzisz skałę na wierzchole? — mówił Głos.
— Widzę — odpowiedział Odgłos.
— Zwal ją tak z wierzchoła, aby się potoczyła po drodze i ugodziła w plecy tego śmiałka! — zawołał Głos.
— Już jestem na wierzchole! — odpowiedział Odgłos. — Jużem skałę z posad ruszył! Jużem stoczył ją na drogę!
W tej chwili Perwic posłyszał, jak olbrzymia skała z gruchotem i łoskotem tysiąca piorunów zerwała się z wierzchoła góry i potoczyła po drodze. Ziemia pod nią zadudniła, zachwiały się wokół posągi — kamienne dziwolągi, a skała, grzmiąc, toczyła się z niepowstrzymaną siłą, z niepowściągnionym rozpędem. Toczyła się, zmiatając i miażdżąc po drodze wszystko, cokolwiek spotkała. — Tak się przynajmniej zdawało Perwicowi.
I nie widział Perwic skały i nie patrzył w jej ogromy, jeno w uszach mu huczały jej łoskoty, niby gromy!
Uszy jego napełniły się takim hukiem, że o mało nie stracił przytomności. Uczuł nagle rozpędzoną skałę tuż za sobą. Jeszcze chwila — a uderzy go i zmiażdży na miejscu! Nie wytrzymał Perwic i obejrzał się za siebie, aby zawczasu w bok odskoczyć i uniknąć uderzenia skały. Obejrzał się — i natychmiast w posąg martwy skamieniał.
Długi cień od nowego posągu upadł na drogę obszerną, na drogę przestronną i zmieszał się z cieniami innych posągów — kamiennych dziwolągów.
Cisza nagła zapanowała na Górze-Cmentarnicy. Zamilkły Głosy i Odgłosy i łoskot skały. Zamilkło wszystko, co nie było milczeniem. Ucichło wszystko, co nie było ciszą. Pierzchła wszelka złuda — skończyły się cuda. Po skończonym cudzie — pustka i bezludzie. Ani żywego ducha, ani wietrzyka w przelocie! Nawet komar, nawet mucha nie zabrzękły w tej martwocie.
Tymczasem w samotnym pałacu Parysada niecierpliwie wyczekiwała powrotu Perwica. Przez dni dwadzieścia co dzień o poranku przebierała bez przestanku różaniec perłowy. Lecz przez dni dwadzieścia perły różańca przesuwały się swobodnie na nici złotej. Wówczas Parysada mówiła z uśmiechem radosnym:
— Perwic zdrów i żyw i nic mu się złego nie stało!
Nadszedł dzień dwudziesty pierwszy. Pochwyciła Parysada różaniec, aby perły przesunąć — lecz nadaremnie!… Perły stężały, wzajem się sczepiły i na złotej nici nieruchomo tkwiły. Próżno Parysada targała perłę za perłą, próżno starała się przesunąć je po dawnemu! Ani jedna perła nie poruszyła się na złotej nici!
Zbladła Parysada, załamała ręce i rzekła do siebie w żałości i w męce:
— Brat mój Perwic zginął w nieznanym ustroniu i już nie powróci na cisawym koniu! Płakałabym chętnie, płakałabym rada, lecz nie umiem płakać, choć płakać wypada. Kto na łzy czas traci, ten zna tylko żale. Po tropach mych braci pojadę w oddale. Wszak mój konik siwy rączo mnie poniesie przez pola, przez niwy, po jarach, po lesie!
Pobiegła Parysada na podwórze, osiodłała konia siwego i na koniku siwym popędziła drogą zaklętą, sennem zielem porośniętą, pełną ciszy i milczenia i dziwnego przeznaczenia.
Biegnie konik siwy, wiatr mu grzywę czesze, a on podkówkami skry po drodze krzesze. Noc za nocą mija, dzień za dniem przepada — nie czuje zmęczenia piękna Parysada.
Przez dni dwadzieścia jechała Parysada, ani kroku nie zwalniając, ani z drogi nie zbaczając.
Po dniach dwudziestu ujrzała przed sobą skałę, a pod skałą źródło.
Zeskoczyła z konia i stanęła przy źródle, pod skałą. Ledwo stanęła — a natychmiast z lasu wyszedł jej na spotkanie derwisz stary.
— Jestem zmęczony, jestem znużony, jestem strudzony! — wołał derwisz. — Trzysta trzydzieści trzy lata żyję na świecie, i nie wolno mi zasnąć snem wiekuistym i nie wolno mi odpocząć w ciszy mogilnej! Dziś właśnie dzień mych urodzin, a jutro dzień mych imienin. Straciłem od dawna ojca i matkę i straciłem od dawna pamięć, więc nie pamiętam, o której godzinie na świat przyszedłem, i nie pamiętam, jak mi na imię! Czy los zlituje się nade mną w dniu mych urodzin lub w dniu mych imienin i czy pozwoli mi nareszcie umrzeć, jak innym ludziom pozwala? Czy też będę musiał nadal istnieć i trwać, i czuwać, i wskazywać młodym szaleńcom drogę do trzech dziwów, ukrytych na szczycie Góry-Cmentarnicy?
— Derwiszu! — zawołała Parysada. — Chcę cię właśnie prosić, abyś mi wskazał tę drogę!
— Dziewczyno szalona! — rzekł derwisz. — Nigdy jeszcze żadna kobieta nie ośmieliła się w taką podróż wyruszyć! Tysiące rycerzy zginęło tam bez wieści, a ty, dziewczyno słaba i niedoświadczona, chcesz iść w ich ślady? Niedawno poszli tam dwaj młodzieńce i już nie powrócili.
— To na pewno moi bracia! — rzekła Parysada. — Daremne twe przestrogi, derwiszu. Nikt i nic nie odmieni mego postanowienia! Daj mi lepiej rady i wskazówki, abym mogła uniknąć niebezpieczeństw.
— Widzę, że nie odwiodę ciebie od twoich zamiarów — rzekł derwisz. — Wolę więc wspomóc cię radami i wskazówkami. Słuchaj tedy uważnie!
I derwisz słowo w słowo opowiedział Parysadzie to samo, co Bachmanowi i Perwicowi. Wyjął wreszcie złotą kulę z torby, którą miał u pasa, i podał kulę Parysadzie.
Parysada wzięła kulę i rzekła:
— Derwiszu, czy nie masz przypadkiem waty w swej torbie?
— Mam — odpowiedział derwisz.
— Daj mi spory kawał waty, bo mi się przyda.
Derwisz podał jej watę i spytał zdziwiony:
— Na cóż ci się przyda wata w tej podróży?
Uśmiechnęła się Parysada i odrzekła:
— Wszak sam mówisz, że czeka mnie walka z duchami niewidzialnymi. Duchom tym nie wolno przybrać żadnych kształtów, nie wolno zjawić się w postaci potworów lub strachów widomych. Nie mogą one przestraszyć moich oczu, jeno mogą przerazić moje uszy, szeptami i wrzaskami będą się starały zmusić mnie do tego, abym się obejrzała za siebie.
Pozatykam watą uszy — wata wszelkie wrzaski zgłuszy. Może mi się wówczas uda zdobyć trzy na Górze cuda, i może dowiem się, co się stało z mymi braćmi.
— Jesteś mądra i domyślna — rzekł derwisz. — Niech los ci sprzyja.
Parysada dosiadła konia i rzuciła przed siebie kulę złotą. Toczyła się kula tak długo, aż stanęła wreszcie u podnóża Góry-Cmentarnicy.
Parysada zeskoczyła z konia, rzucając mu cugle swobodnie. Koń stanął, jak wryty, obok dwóch innych koni, które Parysada natychmiast poznała.
— Stójże, mój koniku siwy, obok bułanego. A niech zaś bułany stoi obok cisawego. Może wrócę z mymi braćmi, wodą was napoję! Trzy potrzebne są rumaki tam, gdzie jeźdźców troje!
Zmierzch już zapadał. Pierwsza gwiazda błysnęła w niebiosach. Parysada mocno zatkała uszy watą i spojrzała wokół. Od razu spostrzegła ścieżkę-złotobrzeżkę, która się tliła w zmierzchu światłem pozłocistym. Po ścieżce-złotobrzeżce wstąpiła Parysada na zbocze Góry-Cmentarnicy i poszła śmiało przed siebie, coraz wyżej, coraz chyżej, dumając na przemian to o trzech dziwach, to o dwóch braciach.
Wkrótce ścieżka-złotobrzeżka rozszerzyła się w drogę obszerną, w drogę przestronną.
Cicho było i bezludnie na drodze obszernej, na drodze przestronnej. Ani żywego ducha, ani wietrzyka w przelocie! Nawet komar, nawet mucha nie zabrzękły w tej martwocie. Martwo, i pusto, i straszno, i bezludnie!
Po obu stronach drogi w ładzie i bezładzie stały i sterczały posągi — kamienne dziwolągi. Stał jeden obok drugiego, posąg obok posągu, dziwoląg obok dziwolągu. Długie cienie padały od nich na drogę. Parysada szła po tych cieniach, które jej się kładły pod stopy. Szła i myślała:
— Może wśród tych posągów są i obydwaj bracia moi, w martwy kamień zaklęci? Stoją na Górze-Cmentarnicy i kamiennymi oczyma patrzą przed siebie. Lecz kamienne oczy zobaczyć nie mogą siostry, która kroczy niebezpieczną drogą. A kamienne wargi nie mają tej mocy, aby, głosząc skargi, wołać ku pomocy! Stoi głaz przy głazie i ślepy, i głuchy, a naokół krążą niewidzialne duchy!
Tak myślała Parysada, idąc po drodze obszernej, po drodze przestronnej. Postrzegły ją od dawna duchy niewidzialne i zaczęły się naradzać, jakimi szeptami i wrzaskami, i głosami, i odgłosami przerazić mają tę śmiałą dziewczynę? Jaką zmorą ją zmorzyć? Jaką trwogą zatrwożyć? Jakim skokiem zaskoczyć? Jakim mrokiem zamroczyć.
Naradziły się, namyśliły się i zaczęły straszyć Parysadę. Straszyły ją krzykiem i wężowym sykiem, i płaczem, i śmiechem, i martwym oddechem, szmerem i tętentem, groźbą i lamentem, szelestem i trzaskiem, wystrzałem i wrzaskiem, skomleniem, szczekaniem i nawoływaniem, jękiem i łoskotem, piorunem i grzmotem! Straszyły ją długo i pracowicie, i niezmordowanie, i przebiegle!… Lecz próżne były ich wysiłki! Próżna było ich praca niewidzialna i przebiegłość czarnoksięska! Parysada nic nie słyszała. Miała waty pełne uszy, a zaś męstwo miała w duszy. Szła dalej po drodze obszernej, po drodze przestronnej, szła w zaklęte, obce światy, nie wyjmując z uszu waty. Szła noc całą bez ustanku aż do świtu, do poranku. Świt zaświtał, błękit zabłękitniał, rosa kwiaty zrosiła, w słońcu się zasrebrzyła.
Doszła Parysada aż do szczytu Góry-Cmentarnicy. A na samym szczycie — czarodziejskie życie! Pogoda i wiosna, i bajka radosna!
Spojrzała Parysada w pogodę i wiosnę, i w bajkę, ukrytą na szczycie Góry-Cmentarnicy. Spojrzała — i natychmiast postrzegła cokół marmurowy. A na tym cokole mech porastał z rzadka, a na mchu tym stała pozłocista klatka. W klatce siedział ptak Bulbulezar.
Skrzydła miał pawie, szyję — łabędzią, dziób — bociani, pazury — sępie, a oczy — jaskółcze. Dziobem ciągle poruszał, skrzydła ciągle napuszał, a pazury zaciskał, a oczami połyskał.
Podbiegła Parysada do Bulbulezara i wzięła klatkę do ręki. Watę z uszu wyrzuciła i do ptaka przemówiła:
— Jestem teraz twoją panią, a ty — moim sługą. Każdy mój rozkaz spełniać musisz. Już się nie lękam duchów niewidzialnych, bo nie mają władzy nad tym, kto posiada twoją klatkę pozłocistą, a w klatce ciebie, dziwaczny Bulbulezarze!
— Jestem twoim sługą, a ty — moją panią! — odpowiedział Bulbulezar. — Każdy twój rozkaz będę spełniał niezwłocznie. Musisz mi tylko dostarczać dużo wonnego tytoniu, gdyż pasjami lubię palić fajkę, którą ukrywam zazwyczaj pod skrzydłem. Jest to jedyny mój nałóg. Zresztą nie mam innych nałogów, przywar, nawyknień i wybryków. Na dowód przyjaźni opowiem ci natychmiast najpiękniejszą i najstraszniejszą bajkę.
Bulbulezar się nasrożył, błysnął okiem, dziób otworzył, głosem ludzkim począł gadać, bajkę-straszkę opowiadać. Szeptał, sykał, ślepie mrużył, długą bajkę coraz dłużył… A gdy wreszcie skończył bajkę, wnet spod skrzydła wyjął fajkę, przestał gadać, szeptać, sykać — począł dumnie fajkę pykać.
— Dość tych bajek! — zawołała Parysada. — Dość gadania i ględzenia! Nie mam czasu do stracenia! Wskaż mi natychmiast drogę do dęba-samograja.
Poszła Parysada przed siebie, trzymając klatkę w ręku, a Bulbulezar drogę jej wskazywał.
Wkrótce zobaczyła nad przepaścią, nad otchłanią dąb olbrzymi liściem gęsto porośnięty. Był to dąb-samograj. Dąb bez wiatru się zachwiewał, lecz nie szumiał, jeno śpiewał. I nie śpiewał, jeno grał, jakby w sobie harfę miał. Płynął wokół dźwięk harfiany, rozedrgany, rozśpiewany, rozedrgany gałęziście, rozśpiewany poprzez liście.
Zasłuchała się Parysada w harfiane dźwięki dęba-samograja i długo, długo nie mogła się ich nasłuchać, nie mogła się nimi nacieszyć. Otrząsnęła się wreszcie ze swego zasłuchania i rzekła:
— Dość tych śpiewów i dzwonienia! Nie mam czasu do stracenia! Naucz mnie, Bulbulezarze, jak mam ten dąb przenieść ze szczytu Góry-Cmentarnicy do mego ogrodu. Czy mam go wykopać? Czy zrąbać toporem? Czy piłą przepiłować?
— Ani wykopać, ani zrąbać toporem, ani piłą przepiłować — odpowiedział Bulbulezar. — Zerwij z niego jedną, małą gałązkę i zasadź ją w swoim ogrodzie. Gałązka natychmiast rozrośnie się w dąb taki sam, jak ten, który tu widzisz przed sobą.
Zerwała Parysada gałązkę małą z dęba-samograja i schowała ją w zanadrze.
— Powiedz mi teraz, Bulbulezarze, gdzie się znajduje struga-złotosmuga?
Bulbulezar wskazał drogę, i Parysada wkrótce doszła zboczem Góry-Cmentarnicy do polany-samotnicy.
A na tej polanie — słoneczne świtanie, a w środku polany — basen cembrowany, a w tym basenie — struga złotosmuga.
Podbiegła Parysada do basenu i zajrzała ciekawie do wnętrza. A w tym wnętrzu struga-złotosmuga jarzyła się, iskrzyła się i tryskała w błękity złocistym strumieniem. Wybiegał strumień ku górze, rozpryskiwał się w lazurze i do basenu z powrotem opadał skroplonym złotem, opadał perlistym deszczem, wstrząsany wiatrem i dreszczem.
Zapatrzyła się Parysada w strugę-złotosmugą i nie mogła się na nią napatrzeć, ani dość się nadziwić, ani się nacieszyć jej widokiem.
Otrząsnęła się wreszcie ze swego zapatrzenia i rzekła:
— Dość tych cudów i patrzenia! Nie mam czasu do stracenia! Naucz mnie, Bulbulezarze, jak mam tę strugę-złotosmugę przenieść z Góry-Cmentarnicy do mego ogrodu. Czyli mam basen cały z ziemi wyryć? Czyli tysiącem dzbanów wodę z niego wyczerpać?
— Ani basenu z ziemi wyryć nie potrzeba, ani dzbanów tysiącem wody z niego wyczerpać! — odpowiedział Bulbulezar. — Zerwij dzwonek błękitny, co pod basenem rośnie. Napełnij ten dzwonek wodą po brzegi — woda się z dzwonka nie wyleje. Śmiało więc schowaj go w zanadrze. Gdy wrócisz do domu, każesz w swoim ogrodzie inny basen wymurować i naokół ocembrować. Wylejesz wodę z dzwonka do basenu, a odrobina tej wody natychmiast pocznie wzbierać i napełni twój basen po brzegi.
Zerwała Parysada dzwonek błękitny, napełniła go wodą z basenu i schowała w zanadrze.
— Teraz mi powiedz, Bulbulezarze, co mam uczynić, aby posągom kamiennym życie dawne powrócić?
— Obejrzyj się za siebie! — rzekł Bulbulezar.
Obejrzała się Parysada i zobaczyła krzak różany, a w tym krzaku dzban zielony.
— Weź dzban zielony z różanego krzaka — mówił dalej Bulbulezar. — Dzban ten jest pełen soków żywicznych. Sokiem żywicznym skrop posągi kamienne, a ożyją wszystkie i w rycerzy się zamienią.
Pochwyciła Parysada dzban zielony i pobiegła na drogę obszerną, na drogę przestronną, gdzie stały posągi — kamienne dziwolągi. W jednem ręku dzban trzymała, a w drugiem klatkę z Bulbulezarem.
Na drodze obszernej, na drodze przestronnej stoją posągi nieruchome. Sen je zdjął kamienny, sen zaklęty, sen niezwalczony.
Biegnie Parysada ku posągom i skrapia je po kolei sokiem żywicznym z zielonego dzbana. Sok żywiczny ścieka po kamieniu. Kamień się porusza — ożywa w nim dusza. Budzi się posąg za posągiem, dziwoląg za dziwolągiem. Budzi się i wzdycha, ze snu się otrząsa, w rycerza się zmienia i pokręca wąsa. I pokręca wąsa, i unosi czoła, i coś przypomina, patrząc dookoła!
Już tysiące posągów pokropiła Parysada sokiem żywicznym. Obudziły się wszystkie ze snu kamiennego. Zaroił się tłum rycerzy na drodze obszernej, na drodze przestronnej… Zaroili się, zamyślili się o tym, co się z nimi działo. Wspominali dni minione, wspominali sny prześnione i kamienne odrętwienie, i cudowne przebudzenie.
Parysada podeszła do dwóch posągów, które stały jeden obok drugiego, spojrzała na nie i rzekła:
— Posąg przy posągu, głaz przy głazie stoi… Serce mówi do mnie, że to bracia moi!
Pokropiła Parysada sokiem żywicznym obydwa posągi — i obydwa drgnęły życiem od stóp do głów. Jeden się zamienił w Bachmana, a drugi w Perwica.
— Siostro nasza! — zawołali Bachman i Perwic, ujrzawszy Parysadę. — Śniło się nam właśnie, że jesteśmy w domu razem z tobą, a tymczasem znajdujemy się na jakiejś górze nieznanej. Nie możemy przypomnieć, co się z nami działo? Nie możemy zrozumieć, co się z nami stało?
— Opowiem wam potem, co się z wami działo — odrzekła Parysada. — Spaliście snem kamiennym, a ja was zbudziłam.
— Cóż to za dziwnego ptaka masz w klatce? — spytał Bachman, spostrzegając klatkę złocistą w ręku Parysady.
— Jest to ptak Bulbulezar — odparła Parysada. Posłyszawszy to imię, Bachman i Perwic przypomnieli sobie wszystko od początku do końca — od chwili, gdy z pałacu wyruszyli w podróż zaklętą, aż do chwili, gdy pod wpływem strachów niewidzialnych obejrzeli się za siebie.
— Parysado! — zawołał Perwic. — Domyślam się, że zwyciężyłaś duchy niewidzialne i zawładnęłaś trzema dziwami.
— Nie zadawajcie mi teraz żadnych pytań, bo nie mam czasu! — rzekła Parysada. — Jeszcze trzy ostatnie posągi czekają na ocknienie. Muszę je sokiem żywicznym pokropić.
Parysada zbliżyła się do trzech ostatnich posągów i pokropiła je sokiem żywicznym. Dwa się zbudziły i w rycerzy się zmieniły, lecz trzeci pozostał posągiem — kamiennym dziwolągiem.
— Bulbulezarze! — zawołała Parysada. — Czemuż ten trzeci posąg się nie zbudził, choć go pokropiłam sokiem żywicznym?
— Nie moja w tem wina, i nic na to poradzić nie mogę! — odrzekł Bulbulezar. — Tajemnicze losy wydały taki wyrok, iż tylko łzy twoje mogą ten posąg ze snu kamiennego obudzić.
— Nie umiem płakać — rzekła Parysada — nie mogę więc łzami go pokropić.
— Każ swoim braciom, aby ten posąg zanieśli do twego pałacu — odpowiedział Bulbulezar — postaw go w swoim pokoju, a może się uda kiedyś ze snu go obudzić.
— Bachmanie, Perwicu! — zawołała Parysada. — Na ramiona posąg weźcie i do pałacu zanieście.
Bachman i Perwic wzięli posąg na ramiona i stanęli gotowi do drogi.
Tymczasem ocknieni rycerze przypomnieli sobie wszystko od początku do końca, od chwili, gdy ze swych domów wyruszyli w podróż zaklętą, aż do chwili, gdy pod wpływem strachów niewidzialnyh obejrzeli się za siebie. Domyślili się, że spali snem kamiennym, przemienieni w posągi, i że ich z tego snu zbudziła piękna Parysada.
Otoczyli więc kołem Parysadę i zaczęli jej dziękować pięknym słowem i ukłonem, i spojrzeniem zachwyconym.
— Mężni rycerze! — zawołała Parysada. — Nie traćcie czasu na słowa, na ukłony, na spojrzenia, na zachwyty! Sen kamienny minął i zły urok zginął! Wracajcie do swoich krajów i do swoich pałaców. I mnie i braciom moim też śpieszno do domu.
Niezliczony tłum rycerzy z Parysadą, Bachmanem i Perwicem na czele począł schodzić z Góry-Cmentarnicy drogą obszerną, drogą przestronną.
Doszli wkrótce do ścieżki-złotobrzeżki i ścieżką-złotobrzeżką zsunęli się do podnóża Góry. U podnóża Góry pomiędzy drzewami i krzewami stały konie wierne, czekające na powrót swych panów. Parysada dawniej ich nie widziała, gdyż nazbyt była zajęta swoją podróżą. Teraz dopiero pomiędzy drzewami i krzewami ujrzała tysiące rumaków wiernych. Powsiadali rycerze na konie, pokłonili się raz jeszcze Parysadzie i pomknęli — każdy do swego kraju, do swojej ojczyzny.
Zostały tylko trzy konie: bułany, cisawy i siwy. Dosiadła Parysada siwosza, a Bachman — bułanka, a Perwic — swego cisa.
Ruszyły konie z kopyta, kurz się zakłębił za nimi.
Bachman i Perwic wieźli na przemian posąg kamienny, a Parysada wiozła klatkę z Bulbulezarem.
Jechali, jechali, aż dojechali do tego miejsca, gdzie była skała, a pod skałą źródło. Koło źródła, pod skałą leżał trup derwisza. Był to właśnie dzień jego imienin. Po trzystu trzydziestu trzech latach daremnego wyczekiwania zasnął wreszcie snem wiekuistym. Parysada wraz z braćmi wykopała grób głęboki i pochowała derwisza, aby odpoczął w ciszy mogilnej.
Pochowawszy derwisza, wskoczyła na swego siwosza i popędziła dalej, a za nią popędził Bachman na bułanku i Perwic na cisie. Jechali — jechali, aż wreszcie dojechali do swego pałacu.
Natychmiast Parysada zasadziła w swym ogrodzie gałązkę dęba-samograja. Gałązka w jednej chwili urosła w dąb olbrzymi, który śpiewał, dzwonił, grał, jakby w sobie harfę miał.
Kazała potem Parysada wymurować basen w swym ogrodzie i przelała do basenu wodę z dzwonka błękitnego. Woda wezbrała, cały basen po brzegi wypełniła i trysnęła ku błękitom strumieniem pozłocistym.
Klatkę z Bulbulezarem postawiła Parysada na oknie swego pokoju, a obok okna umieściła posąg kamienny.
Wówczas dopiero opowiedziała Parysada swym braciom, jakim sposobem przedostała się na szczyt Góry-Cmentarnicy i jak ich ze snu kamiennego zbudziła.
Bracia pilnie słuchali jej opowiadania i otwierali oczy, i otwierali usta, i dziwili się, i nie mogli wyjść z podziwu.
— Jesteś mądra i odważna! — zawołali chórem. — Dumni jesteśmy z tego, że mamy taką siostrę!
Parysada odtąd często spoglądała na posąg kamienny w swoim pokoju i mówiła ze smutkiem:
— Jakże ja cię obudzę, posągu kamienny, kiedy płakać nie umiem! Nie wiem, kto jesteś, ale ile razy spojrzę na ciebie, tyle razy serce mi mocniej w piersi bije.
Pewnego razu rzekł Bulbulezar do Parysady te słowa:
— Pochyl się ku mnie, uderzę cię dziobem w policzek, i od tego uderzenia wyskoczy ci na policzku brodawka.
— Okropny ptaku! — zawołała gniewnie Parysada. — Czyż nie wiesz o tym, że jestem najpiękniejszą ze wszystkich dziewcząt na świecie? Mam cerę gładką i czystą, i białą, jak śnieg. Czuję, że, gdyby mi na policzku wyskoczyła brodawka, rozpłakałabym się po raz pierwszy w życiu rzewnymi łzami.
— Tego właśnie pragnę! — rzekł mądry Bulbulezar. — Jest to jedyny sposób zniewolenia cię do płaczu. Z oczu twoich wytrysną łzy szczere i gorące. Pokropisz tymi łzami posąg kamienny i przywrócisz mu życie.
Zadumała się Parysada i po krótkiej zadumie przybliżyła twarz do klatki. Bulbulezar natychmiast ugodził ją dziobem w sam policzek. Na policzku Parysady wyskoczyła brodawka — brzydka, nieznośna, wstrętna, okropna!
Podbiegła Parysada do zwierciadła, zajrzała do jego głębi i — zbladła.
— Nieszczęście, nieszczęście! — zawołała, dłonie załamując. — Przestałam być najpiękniejszą ze wszystkich dziewcząt na świecie! Mam na policzku brodawkę brzydką, nieznośną, wstrętną i okropną!
I Parysada rozpłakała się tak szczerze, tak rzewnie, tak serdecznie, że nawet Bulbulezar na widok jej rozpaczy zaczął ciszkiem w klatce szlochać.
— To ja, Parysado! — zawołał głosem wzruszonym. — Zbliż się prędzej do posągu i pokrop go łzami.
Pokropiła Parysada posąg łzami. Posąg się poruszył, westchnął głęboko i zamienił się w pięknego królewicza.
— Parysado! — rzekł królewicz. — Długo czekałem na łzy twoje, lecz się ich wreszcie doczekałem. Dzięki tobie przestałem być kamieniem martwym i znów żyję! Jestem królewiczem. Państwo moje znajduje się tuż w pobliżu za twoim ogrodem. Pragnę, abyś została moją żoną. Dziś jeszcze sprawimy sobie wesele huczne, i będziesz królowała w mojem królestwie!
— Królewiczu! — szepnęła Parysada. — Zawsze pragnęłam zostać żoną takiego, jak ty, młodzieńca. Nie wiem tylko, czy mam prawo wyjść za mąż za ciebie?
— Cóż ci stoi na przeszkodzie? — spytał znowu królewicz.
— Stoi mi na przeszkodzie pewna rzecz brzydka, wstrętna, nieznośna i okropna.
— Jak się ta rzecz nazywa? — spytał znowu królewicz.
— Brodawka — szepnęła Parysada, spuszczając wstydliwie oczy.
Dopiero teraz królewicz zauważył brodawkę na policzku Parysady.
— Parysado! — zawołał z klatki Bulbulezar. — Zdejmij z palca królewicza sygnet brylantowy i brylantem tego sygnetu dotknij brodawki — a zniknie natychmiast.
Uczyniła to Parysada, i brodawka znikła.
— Teraz już mi nic nie stoi na przeszkodzie do tego, aby zostać żoną królewicza! — zawołała uradowana Parysada.
Królewicz ujął ją za rękę i zaprowadził do swego królestwa. Tegoż dnia odbyło się wesele huczne, podczas wesela Parysada kazała przenieść wszystkie trzy dziwy do swego nowego pałacu i ogrodu. Goście jedli, pili, świetnie się bawili! Pląsano, tańczono, dziwom się dziwiono! Był na weselu i Bachman, i Perwic. Królewicz ściskał ich serdecznie, nazywał swymi braćmi, mówił do nich po imieniu i był dla nich wielce czuły, poklepał ich po ramieniu i dał książęce tytuły.

 

The last story from Bolesław Leśmian’s book „Sesame legends”.
Note for the people reading only the English translation: the names of „the three wonders” in the Polish version, as well as the original names of „Mountain-Cemetery” and „path-goldedge”, are neologisms invented by Leśmian himself. I had to translate them word for word, because there was no other way to convey the meaning of these words.

Far away, behind a mountain, behind a river, behind a green forest, behind a blue lake, near a crossroads, in the neighborhood of a brook once stood a palace, and next to the palace – a garden, and next to the garden – a road about which it was unknown from whence and where to it went.
In this palace lived two brothers: Bachman and Perwic, together with their sister Parysada. Parysada was so beautiful that she was always surprised by her beauty. Her eyes were full of surprise, her mouth full of laughter. She laughed constantly. Never a tear flashed in her eyes. She could not cry.
Both brothers loved her and fulfilled all her wishes.
Once Bachman and Perwic went to hunt. Parysada was home alone. She ran to the window and looked out the window. In the garden the sun shone, the flowers flashed in the sun, the flowers were filled with bees that collected honey.
Paris laughed and said to herself:
„The bee, in hiding,
Looks for honey in the flowers.
I’m bored at home,
I’ll go to the garden.
I’ll put on a drab dress
Of a strange cut
And between flowers
I’ll run in this costume!”
She immediately dressed in a drab dress and ran to the garden.
She ran from the gazebo to the gazebo, from the flowerbed to the flowerbed, from the alley to the alley, from the path to the path, from the sun, from the spring – into the shadow of the oak and pine, and from that shadow – above the bank of the brook, from the bank to the canyon and from the canyon the hill, and from the hill – into the thickets, between the lilacs and the roses!
She ran until she finally reached the end of the garden. At the very end of the garden a fence is glowing in the sun, and under the fence – green moss, and in the moss grows red mushroom.
„What a strange mushroom!” cried Parysada. „It has only one leg, and a red cap on that leg! When I hit this leg with my heel, a cloud of dust will immediately come out of it, like smoke from a chimney.”
And Parysada hit the mushroom with her heel.
A dust of cloud shot out from the rotten mushroom. The skein whirled, the dust dustied. The mushroom suddenly disappeared from the eyes of Parysada, and in place of the mushroom came a dwarf in a red cap. The dwarf looked at Parysada and began to cry.
Near the fence a turnip, which had been thrown into the garden by a fence, was lying. The dwarf, crying, ran to the turnip. Having sat on the turnip, he was in tears, he was wiping his tearful eyes with flowers. He was wiping and crying, crying and wiping, and looking at Parysada through the tears.
„Dwarf!” cried Parysada. „Why are you so desperate? Why are you in tears? Maybe I hit you too hard with my heel in the red cap? Or maybe it hurts you that you stopped being a mushroom under the fence and you turned into a dwarf?”
„Cry with me! said the dwarf, crying louder and louder, and wringing his raised hands.
„I would gladly cry, but I cannot!” said Parysada. „I do not know how to cry. Finally, I do not even know how to blink my eyes so that tears come from them. I do not have a reason to cry at all. I am happy and cheerful. I have everything I want. I have beautiful eyes, beautiful lips and beautiful hair. I have two brothers who fulfill all my wishes. I have a palace and garden and lots of gold, silver, blue, green, purple and dappled dresses. I cannot cry for no reason. You better tell me, why are you crying and wringing your hands?”
The dwarf supported his elbow on the edge of the turnip and shouted:
„I’m crying over you and over you I’m wringing my hands! You have beauty, you have two brothers and a palace and garden and plenty of rich dresses – but you do not have the three wonders that you should have! If you had these three wonders, you would be the happiest being in the world!”
„What are these three?” Parysada asked curiously.
The dwarf stopped crying and said:
„Three wonders, without which it is difficult to exist in the world! Firstly – oak-selfplayer, secondly – stream-goldstreak, thirdly – bird Bulbulezar. Oak-selfplayer has leaves that, instead of rustling, play like a harp, and branches that, instead of creaking, repopulate, like a baselines. Stream-goldstreak possesses this magical property that it is enough to take one drop from it and pour into the pool, and the droplet increases, immensely increases, rises, fills to the edge of the pool, and spills from the pool in blue with a golden stream that descends and rises again incessantly, always reaching into the inside pool and never overflowing. The most interesting, however, is the bird Bulbulezar. It has wings of a peacock, the neck – of a swan, the beak – of a stork, claws – of a vulture, and eyes of a swallow. It speaks in a human voice, it tells fairy tells. Each time it tells a fairy tale – it lights a pipe. Only those are happy who have these wonders. So cry, Parysada, for you have neither an oak-selfplayer, nor stream-goldstreak, nor the bird Bulbulezar!”
„I am not able to cry, I cannot cry!” responded Parysada. „You better tell me, where are these three wonders, so I can possess them?”
„Poor, miserable Parysada!” called the dwarf. „The wonders are in the distance, but the road to them is near. This is the same road, which, under the fence of your garden, of which it is not known whence and where to it is. Often, you were staring at the road, not knowing that it was a cursed road, overgrown by sleepy herb, full of silence and muteness, and strange destiny. This road you have to go for twenty days straight ahead, neither slowing down, nor going off the road. After twenty days you will see a rock, and under the rock – a spring. You will stop at the spring under the rock and ask the first passerby where the oak-selfplayer, the stream-goldstreak, and bird Bulbulezar are. The first passerby will show you the way to these wonders.”
Parysada wanted to ask the dwarf for more precise directions and travel details, but the dwarf disappeared suddenly from her eyes. There was no dwarf or mushroom under the fence. There was only a turnip that someone threw through the fence to the garden.
Parysada returned to the palace. The desire to have three strange possessions possessed her so much and she was so impatient that she could not cope. She ran around the room from corner to corner, back and forth. Tired of running, she sat down on a chair. Tired of sitting on a chair, she ran to the window and sat down at the window. Impatient of sitting at the window, she ran to the table and sat down on the table.
Right at this moment, two brothers of Parysada returned from hunting. They both looked at Paris.
„My dear sister!” shouted Bachman. „What happened to you that you’re sitting on the table? As far as I can remember, you’ve never sat on a table before.”
„I’m sitting on the table not to sit at the window,” Parysada replied.
„Who told you to sit at the window?” Perwic asked.
„I was sitting at the window not to sit on a chair,” Paris replied.
„Why did not you want to sit on the chair?” said surprised Bachman.
„Not only on my chair, but I cannot sit in any place! I’m bored and bored. I’m impatient and impatient. I’m sad and sad! If I could cry, I would cry so loud that you would have to clap your ears and escape from the palace. I’m unhappy, unhappy, unhappy!”
„What are you missing, our sister?” cried Bachman and Perwic. „Say just one word – and your wish will be fulfilled immediately!”
„Great is my misery!” cried Parysada, jumping off the table. „My grief has no boundaries! My brothers, save me, save me! I do not have three things, three wonders, three marvels: I do not have the oak-selfplayer, I do not have a stream-goldstreak, and I most lack the bird Bulbulezar!”
„Parysada!” shouted Bachman. – I will not allow you to suffer such torment because of the absence of these three wonders. I will provide you with the oak-selfplayer and stream-goldstreak, and bird Bulbulezar. But first, I must know where these strange things are.”
„Bachman!” Parysada said. „The wonders are in the distance, but the road to them begins near, just under the fence of our garden. The road is enchanted, overgrown with a sleepy herb, full of silence and muteness, and a strange destiny. For twenty days you have to go this road straight ahead, neither slowing down, nor going off the road. After twenty days you will see a rock, and under the rock a spring. You will stand by the rock and wait until the first passerby appears. Whoever shows up first will show you the farther way.”
„Who told you about it? Who said that?” asked Bachman.
„A small dwarf told me, said that, who was born from a mushroom under the fence of our garden and disappeared from my sight, like a stone in the water!”
„Parysada!” said Bachman. „I will fulfill your wish in a blink of an eye! My dun horse obeys the spur. I’ll ride, I’ll fly along the enchanted road. Along the enchanted road, in the terrestrial area: three marvels, three wonders I’ll bring you as a gift!”
Bachman immediately saddled his dun horse and stepped out of the palace and stood in front of the palace, sitting on his horse, to say goodbye to his sister and brother.
Parysada looked at Bachman and, touched by his departure, exclaimed:
„My oldest brother, my dear Bachman! Our farewells take me over with fear! Your journey is enchanted, terrible and distant. It is not known what awaits you on this journey. You may be killed in a foreign and unknown country and and not back on the dun horse! I would like to say the goodbye to you with the tears for your road, but I cannot cry and I am not able to cry!”
„Do not cry, my sister, and do not learn to cry!” Bachman said cheerfully. „I’m not scared of fears, I’m not afraid of bad spells. I like the wandering roads, I like enchanted travels, I like adventures unforeseen. I rejoice at the thought that I will fulfill your wish, providing the three wonders! I will return to the house on horseback – but I will return with the oak-selfplayer, with the stream-goldstreak and bird Bulbulezar. I will give you a golden dagger in the silver scabbard for a goodbye. Take it out every day in the evening, when the sun goes down, and look carefully at its blade. If the blade is clean, shiny and golden – it means I’m healthy and alive and nothing wrong with me. But if a drop of blood appears and the dagger is rusty – it means I was killed somewhere in an unknown country and I will not be back of the dun horse!”
Bachman took out a gold dagger in a silver scabbard and handed it to Parysada.
Parysada, having hidden the dagger on her breast, climbed on her toes to kiss her brother, who turned to her, farewell. Perwic approached too, to say goodbye to Bachman.
They said goodbye, kissed, gave their mates a grip, looked for the last time – and Bachman hit his horse with the spurs.
Runs the dun horse through the meadows and through fields, through the dusts and through the flowers – in unknown worlds. Over it the sun is sintering, the road ahead is far away, the road is strange and winding, more and more cursed!
Perwic and Parysada looked at Bachman for a long time, until he disappeared from their sight.
Sad, they returned to the palace, complaining about the fate that made their brother take such a dangerous journey. They ran alone and empty rooms, they both stood at the open window. They stood by the window to complain about their fate, and together, they started waiting for their brother’s return.
Bachman is riding, riding where the road leads. He is driving without slowing down or
going off the road. He passes an empty membrane and says to the horse:
„Run, dun horse, through the meadows and through the bushes, through the spring and through the flowers – run into the unknown worlds. Run along the enchanted road, overgrown with sleepy herb full of silence and muteness, and strange destiny.”
The horse hears Bachman’s words and understands his speech. He runs along the enchanted road without weariness, without fatigue, without stopping, without creating.
The road before him empty and uninhabited, but more and more enchanted. So enchanted that one is overtaken with fear and it’s getting dark before one’s eyes, although the sun is shining in the sky. But Bachman is brave and does not feel fear. He is pleased and cheerful to run along the enchanted road!
For twenty days he was running straight ahead, and after twenty days he saw a rock, a spring beneath the rock. He jumped off the horse and stood at the spring, under the rock.
He barely stood up – and an old dervish came out of from the dense trees to meet him.
„This is the first passerby who appeared on my way, so it’ll be him whom I’ll ask for the way,” Bachman thought, looking carefully at the dervish.
Never before had Bachman seen such an old dervish. He was of huge height, his neck was bent down. His beard grew so long that it reached the ground and roamed along the way. The mustache was so thickly spread under his nose that it covers his mouth, like a straw perch. His eyebrows and eyelashes were so thick over his eyes, like the rushes. There were no eyes visible, no mouth, no nose, just hairiness, mustachiness, and beardeness. It seemed that it was not a human being going, but a living haystack.
Dervish approached Bachman and stood in silence.
„Dervish!” said Bachman. „I’m coming from sister’s command, I have no time to lose. Point me to the road, the place where the oak-selfplayer, the stream-goldstreak and bird Bulbulezar is.”
The dervish started murmuring and mumbling, and chatting and muttering, but the density of the mustache covered his mouth and disturbed his speaking. He spoke briskly and cleverly, but he spoke dimly. He spoke politely, pleasantly, but in vain! Because Bachman couldn’t even understand one word.
„Dervish!” he exclaimed. „You talk in vain! Your words suck in the mustache and do not hit my ears. I hear only murmuring and mumbling. I have to shave your beard and mustache, and eyelashes, and eyebrows, and then I will be able to talk to you. I have scissors-hairpullers on me. So let me shave you.”
Dervish nodded to sign that he allows that.
Bachman pulled out scissors-hairpullers from his pocket and began to shave immediately.
He cut off beard of the dervish with scissors-hairpullers. The beard fell beneath the rock, covering the whole spring. Still ringing with the scissors, he took to the eyes of the eyebrows and eyelashes reveal the pupils of the strange old man. The scissors rang – the pupils were revealed. Bachman, in the meantime, cut off the giant mustache of the dervish. The mustache fell to the sides of the road, and the lips appeared. Dervish blinked and moved his lips.
„Praise God, praise God!” he called cheerfully. „Now I can look in the distance, I can speak understandably! I think I have rejuvenated, although I am already three hundred and thirty three years old. Two hundred years ago I lost my father and mother, a hundred years ago I lost the memory of everything that is happening in the world. I’m tired, I’m fed up, I’m weary! I would like to sleep in eternal sleep and rest in the grave silence. But I must not do that until some bold knight gets oak-selfplayer, stream-goldstreak and bird Bulbulezar. Thousands of knights have already wanted to get these marvels, but they all died, getting nothing.”
„I just want to ask you the way to these marvels,” Bachman called.
“Crazy youth!” said the dervish. „Forget your purpose, for you will die as the others have died.”
“My intention is irrevocable,” Bachman said. „I will not step back, even if I’m going to die on this road! Show me the way – or I will go alone, without your help!”
“Unlucky daredevil!” called dervish. „Without my help, and without my instructions, you would die at once, so I prefer to give you tips and advice. If your expedition for these three wonders succeeded, I would at last fall into an eternal sleep, and I would rest in the grave silence after the three hundred and thirty three years of existence on earth. I do not believe in your victory. I’m sure you will die, like the others died. But I see that you are stubborn and that I will not stop you from your intentions. Listen carefully to what I say. I’m tired, I’m fed up, I’m weary! For a hundred years, invisible ghosts have told me to exist against my will, near the rock under which the spring springs. Here I have to last, here I have to live, here I have to exist just point to madmen like you the way to the three wonders, the possession of which tempts people greedy of a spell and miracle. I must not sleep, I must not die, I must not rest! I’m tired, I’m fed up, I’m weary!”
Saying that, the dervish took out of the bag he had at his waist a golden ball, and handed it to Bachman.
„When you sit on the horse,” he continued, „throw that ball forward. It will roll along the road, and you will follow it. Follow it, follow her with your eyes until the ball stops. It will stop at the foot of the Mountain-Cemetery – because that’s what the mountain is called. You will jump off the horse and leave him alone. The horse will not move and will wait for you. – Listen carefully now, what you have to do next. At the foot of the Mountain-Cemetery you will find the path-goldedge. You will follow the path–goldedge up. This path expands into a spacious one. On both sides of the road are statues of stone. These are not statues, but living people cursed into dead stones. Between the statues go straight ahead, up to the top of the mountain. Remember to go ahead and not look back. They will scare you invisible ghosts. Your eyes will not see anything, but your ears will hear yells and cries, threats and barking, and murmuring, and singing, and dead blows… If you look back, you will immediately turn into a stone statue to increase the number of statues that stand on both sides of a dangerous road. So go straight ahead until you get to the top of the Mountain-Cemetery. At the top of the mountain you will see a marble pedestal. On this pedestal stands a gold cage. In this golden cage is bird Bulbulezar. Don’t mind the threats and screams of this bird, but just grab the golden cage in your hands – all danger will pass, the screams of invisible ghosts will cease. You can then go ahead and look behind you and you can order Bulbulezar, who will then obey your orders. Here is what I wanted to say. Bulbulezar will tell you what to do next.”
“I’ll do all your advice, wise dervish!” shouted Bachman. „I am sure I will get three wonders on the Mountain-Cemetery and that you will be able to fall asleep and rest after three hundred and thirty-three years of existence on earth.”
“May that happen so!” whispered the dervish, raising his eyes to the sky. „I do not believe you can get it! So many of the knights before you went to the Mountain-Cemetery, and none of them came back from there. They looked behind themselves – and turned into statues, into stone stingers. Once again I warn you: let go of the crazy design, get rid of the desire to have three strange wonders, not even close to the Mountain-Cemetery! Come home soon and forget the oak-selfplayer, stream-goldstreak and bird Bulbulezar.”
Bachman smiled and replied,
„Dervish, dervish, your warnings are void! I will not turn back from this enchanted road! I will reach the summit of the Mountain-Cemetery and I will gain the marvels, full of mystery!”
Bachman jumped on the saddle with one jump, looked around with a merrily rounded look, dervish the old man bowed politely, pulled the golden gully, rang the spur, threw the ball forward – and this gold ball rolled by itself, like a living entity.
The ball rolled along the road, shining in the sun. Bachman rode the horse behind it. The ball was running faster and faster, the dun horse was running faster and faster behind it, and Bachman was getting closer to his destination faster and faster.
He approached and approached until finally he saw the Mountain-Cemetery in the distance. He saw the Mountain-Cemetery and shouted joyfully!
„Roll, roll, golden ball! Run, my dun horse! The star in the sky is already shining, twilights and clouds are blowing! Today, before the clouds come, I want to be at the top of the mountain!”
He barely spoke these words – and the ball rolled to the foot of the Mountain-Cemetery and suddenly stopped. Bachman jumped off the horse, and the dun horse stopped on his tracks. The invisible powers made him stand and wait for his master’s return.
Bachman approached Mountain-Cemetery, and immediately noticed oath-goldedge, which, in the evening dusk, smoldered with a strange, glowing light.
Fearless Bachman ascended the path-goldedge and began climbing up the path. Climbing and climbing, he walked and walked higher and higher, getting faster and faster, until path-goldedge finally expanded into a spacious road, into a vast road.
Darkness had already fallen. It was quiet and uninhabited on the spacious road, on the vast road. Neither the living spirit nor the breeze in flight! Even a mosquito, even a fly, did not buzz in this deadliness! Dead and empty and terrible and uninhabited.
Despite the darkness of the night, Bachman saw the statues still standing on either side of the road – stone stingers. They were living knights, cursed into dead stone. They wanted to reach the top of the Mountain-Cemetery to get three marvels, three wonders – but they did not reach: they looked behind themselves – and they fossilized into the statues.
One stood beside the other, statue by statue, stinger by stinger. Long shadows fell from them on the road, so that Bachman, walking along the road, stepped on the shadows every moment, stepped, stepped – but did not interrupt the journey.
He went on boldly and courageously. He had not heard any voices so far, and did not find any fears. But suddenly he felt something move behind him… He almost looked back, but immediately remembered the dervish, so he smiled and walked on. Something moved behind him again and came closer to his feet… It seemed to Bachman that an invisible man would suddenly catch his feet… But he went on without looking back. At that moment he heard Whisper and Scream behind him.
„I’ll kill you, I’ll kill you!” screamed Scream.
„Stop, do not go farther!” whispered Whisper.
Bachman shivered – but he did not look back.
„I’d rather have to do with visible fears than with invisible ones,” he thought, pale on his face. „The worst thing is when you hear someone behind you, someone whispering and screaming, and you do not see who whispers and screams.”
He just thought, he felt dead Breath, deceased Breath behind his back.
„I’m already touching him, I’m already blowing over him!” breathed Breath.
Bachman felt cold in his bones, a cold sweat popped into his forehead. The long shadows of the statues extended even further under his feet. Night darkness was even darker. It was empty and uninhabited on the spacious road, vast road. No shapes, no figures – nothing but Whispers and Screams, and dead Breaths.
„It’s him, it’s him! Grab him, grab!” screamed Scream, coming closer to Bachman.
„Run, while you still have time! Beware of the chase!” screamed Scream and he drew near to Bachman from behind too.
Bachman made a few steps forward without looking back, but at that moment he heard the footsteps of someone’s legs that were running toward him.
„Grab him, grab!” screamed Scream.
„You died, you died! You run away from the chase!” whispered Whisper.
And Bachman heard behind him the second and third treads, then the hollow sound of a thousand running feet… The invisible pursuit was approaching him. Thousands of feet ran and crawled with the noise, the murmur and the hiss. Closer and closer, faster and faster… He heard them just behind him, one step at a time… and he suddenly felt the motion and start of a thousand invisible, mysterious hands that were twisting and twisting, and stretching toward him to catch him. Whose hands were it? Who were they? Who pulled them out? Who wanted to capture Bachman? What kind of monsters were behind his back? What eyes, what faces did these monsters have? – But there were no visible faces and no eyes, but the sound of the noise was to be heard, the noise and the murmur in the darkness!
One could see no hands, but one could hear – movement! Invisible spells around! Invisible spirit! And the hands stretched out and taunted… One could hear how they cracked in the joints – dry, bony hands. And it seemed to Bachman that they already have reached him, touch him, that they will catch him in a moment…
His legs drooped beneath him, his face went numb from fear, his heart froze. He opened his terrified eyes wide and looked back…
He turned to look behind him and immediately fossilised the dead statue. The long shadow of the new statue fell on the spacious road, on the vast road, and mixed with the shadows of ancient statues – stone stingers.
There was a sudden silence on the Mountain-Cemetery.
Whispers, and Screams, and Tramps, and Steps went quiet.
All the delusion was gone – the wonders were gone. After the finished wonder – emptiness and desert. Neither the living spirit nor the breeze in flight! Even a mosquito, even a fly, did not buzz in the deadliness.
Meanwhile, in the palace, Parysada and Perwic were waiting impatiently for Bachman’s return. For twenty days in the evening, when the sun was behind the forest, Parysada took out a golden dagger from the silver sheath and watched its blade carefully. For twenty days the blade was clean, shining and golden, so Parysada smiled to Perwic:
„Our brother is alive and well, and nothing has happened to him.”
Day twenty-one came. Dawn passed, passed noon and evening. The sun was behind the forest, and Parysada, as usual, stripped the golden dagger to look at its blade.
She looked and went pale.
„Perwic!” she whispered in a trembling voice. „A dropplet of blood suddenly appeared on the blade, made the dagger squeamish! Our brother Bachman was surely killed somewhere in an unknown country and he will not return on a dun horse! I would cry willingly, I would cry, but I cannot cry, although crying is appropriate. Dig a grave for me in the middle of the world! I had a brother yesterday – today I do not have the brother! I have neither the brother, nor oak-selfplayer, nor stream-goldstreak, nor bird Bulbulezar!”
„Do not complain, sister, do not wring your hands! My chestnut horse is worth a hundred other horses! I will fly on it even to the end of the world. I will take revange for my brother’s death as soon as I can! I will come back bloody, but alive – I will bring you three wonders, three marvels as a gift!”
„I will not let you go, Perwic, I will not let you go!” cried Parysada. „You will die just as Bachman died. You do not know the dangers that lurk for you on the way. You are my only brother now. Stay home, stay home! I prefer to renounce the three wonders rather than lose you!”

„I would stay at home if I was sure you could get around without the oak-selfplayer, without the stream-goldstreak and without bird Bulbulezar. But I see you well that you want these three wonders. You prefer to have them than not have them. You prefer to possess them rather than not possess them.”
„It’s true that I prefer to have them than to have them. And it is true that I prefer to possess them rather than not possess them. But I do not want to endanger your life to gain these wonders.”
„You do not want to endanger my life, but you want to get those marvels,” Perwic said with a smile.
„It’s true that I want to get those marvels,” she whispered. „I do not have them so much that I cannot cope without them! I miss oak-selfplayer, then I miss the stream-goldstreak, then the bird Bulbulezar. But most often I miss the bird. I haven’t seen him with my eyes, and yet I miss him impossibly. Yesterday I kept pacing from one corner of the room to the other and repeating: Bulbulezar, Bulbulezar, Bulbulezar – and tonight I dreamed of Bulbulezar. He opened his beak, blinked his eye and walked seriously.”
„It’s hard!” Perwic called. „If you dreamt of Bulbulezar himself tonight, I have to deliver him to you. I’ll immediately saddle the horse and I’ll hit the road today.”
Perwic ran to the yard, saddled his chestnut horse, and stood in front of the palace to bid his sister to say goodbye. Parysada stood on the tips of her toes to kiss her brother goodbye, and in the meanwhile he took out a pearl rose from his pocket and handed it to her and said,
„Take, Parysada, this pearl rosary, and move the pearls of that rosary every day in the morning. As long as the pearls are moving freely on the golden thread, know that I am well and live and nothing is wrong with me. But if the pearls are clustered together, and are glued to the golden thread without a movement, so that you will not be able to move them, then know that I have died in an unknown retreat and that I will not return on the chestnut horse.”
Perwic pulled the reins, pinned his spur, and road ahead – along the mysterious road.
He road, without slowing down or going off the road. And the road was cursed, covered with sleepy herb, full of silence and muteness and strange destination.
After twenty days of uninterrupted riding, Perwic saw the rock rock, and under the rock the spring.
He jumped off the horse and stood near the spring, under the rock. He barely stood up – and immediately rhe old dervish came out to meet him.
„I’m tired, I’m fed up, I’m weary!” cried dervish. „Already for three hundred and thirty-three years I am in this world, and I cannot sleep in eternal sleep, nor rest in the grave silence! The invisible ghosts are telling me to live and watch over this rock so I can point young madmen the way to three cursed wonders!”
„Dervish!” Perwic called. „I just want to ask you to tell me that way!”
„Madman!” replied the dervish. „Do you want to die, like the others who went there? Recently a young knight, not listening to my warnings, went on this dangerous journey and did not return. He died as the others died, though he seemed brave and courageous!”
„That was my brother!” Perwic whispered. „No warnings will take me away from my intentions! I will follow my brother. I may still be able to save him or revenge for death if he died! I do not have time to lose, I do not want a delay, nor a respite! Show me the way, old gray, between the wonders, between the marvels!”
Dervish took out the gold ball from the bag he had at his waist, handed the ball to Perwic and told him the same that he had once told Perwic, word for word.
Perwic ascended the horse, threw the golden ball ahead of him and rushed behind it.
The ball sped on the road, across the sand, glittering in bright sunlight.
It rolled until it finally came to the bottom of the Mountain-Cemetery – and it stopped.
Perwic jumped off his horse to the ground – and the horse, having got rid of the horseman, stood where it was.
Next at the foot of the Mountain-Cemetery a dun horse was standing and waiting for Bachman’s return.
„I know you, dun horse, faithful horse of my brother!” Perwic called. „Stand here next to my own one, chestnut one, and wait patiently until I come back and tell you what happened to your master.”
Already dusk fell to the ground. The first star flashed in blue. Perwic immediately found path-goldedge, which was shining in the dusk with a golden light. With a path-goldedge, he entered the Cemetery-Mountain and walked swiftly, with a quick pace, looking at the strange path.
Soon, path-goldedge expanded into a spacious road, into a vast road. On both sides of the road stood in order and disorder stone statues – stone stingers. Long shadows fell from the statues to the road. Perwic stepped on those shadows, which lay beneath his feet. He stepped and said in his mind:
„Even if the lightning shot in the sky – I will not look back!”
He barely thought these words in his mind – and suddenly a lightning bolt suddenly struck behind him. Echo repeated the thud of the thunderbolt. Perwic smiled under his mustache and thought,
„I’m not afraid of such fears, I will not be afraid of such fears! I’m not scared of
lightning! It is a pity that the night is so dark. A dog would be lost in such darkness.”
Barely had Perwic the word: a dog – in his thoughts spoken – and immediately he heard barking and howling behind him.
„What wandering dogs are wandering the Mountain-Cemetery?” Thought Perwic. „It seemed to me that there were no dogs on this mountain, but the dragons who meow like cats, gnash their teeth, rustle their wings, and suddenly fall on the neck of the passersby to suck out all the blood out of him.”
He barely thought it – and suddenly something near him meowed like a cat, gnashed its teeth and rustled its wings just above his neck. After all, Perwic did not look back and went ahead.
„I’m not afraid of the dragons!” He said aloud. „If I had a shotgun with me, I would like to hunt a dragon like this!
Barely a word: shotgun – he said, and he heard behind him Voice and Sound.
„Do you have a shotgun with you?” Voice said.
„I do!” replied Sound.
„Load it, and do it well!” said Voice.
„I’ve already loaded it,” answered Sound.
„Do you see this daredevil, who walks proudly on Mountain-Cemetery?” Voice asked.
„I see,” Sound said.
„Aim the barrel straight in his back!” Voice said.
„I’ve already aimed!” answered Sound.
The cold rush ran over Perwic’s back.
„Shoot, it’s time!” shouted Voice.
There was a blast so powerful that the air rattled, as if tearing itself into pieces. Perwic felt the bullet, barely touching him, whistled just above his ear and ducked into the ground close by.
He did not look back and lean on. He even scoffed at the invisible fears.
„Hey, you there, behind me, enchanted and invisible!” he exclaimed proudly. „You hide behind my back, instead of meeting my eye! You cannot shoot! You did not hit me! I’m alive and well! Far away is the moment when you will have to dig a grave for me!”
Voice and Sound came close to Perwic.
„Do you have a hoe?” Voice said.
„I do,” answered Sound.
„Let’s dig a hole for this daredevil, because it’s time!” Voice said.
„Let’s dig, let’s dig!” answered Sound.
Perwic heard the hoarse hits of the hoe behind him.
„Your hoe will not scare me, invisible ghosts!” he exclaimed angrily. „I know you cannot do anything bad to me until I look back. Well, I swear to you, the invisible powers, that I will not look back, even if you roll down the largest rock from the top of the mountains on me, so that I could feel its weight and greatness coming closer, threatening with death anyone whom it meets on its way, behind my back.”
Voice laughed, Sound laughed back.
„You see the rock on the top?” Voice said.
„I see,” Sound answered.
„Push it off the crest to roll on the road and beat the back of this daredevil!” shouted Voice.
„I’m already on the top!” Sound replied. „I’ve already moved the rock from its foundations! I’ve already rolled it down to the road!”
At that moment, Perwic heard a huge rock break off from the top of the mountain with a rattle and crash of a thousand thunders and roll down the road. The land beneath it was puzzling, statues of stone rocked, and the rock, thundering, rolled with unstoppable force, with unmatched speed. It darted, sweeping and crushing everything it encountered. – At least it seemed so to Perwic.
And Perwic did not see the rock and did not look at its hugeness, but its roars sounded in his ears, like thunders!
His ears were filled with such a boom that he almost lost consciousness. He suddenly felt the accelerated rock just behind him. Another moment – and it will strike him and crush him! Perwic could not stand it and looked back to back off in time and avoid being hit by the rock. He turned to look – and immediately fossilized into a statue. The long shadow of the new statue fell on the spacious road, on the vast road, and mixed with the shadows of other statues – stone stingers.
There was a sudden silence on the Mountain-Cemetery. Silenced Voices and the Sounds and crash of the rock. All that was not muteness became mute. All that was not silence became silent. All the delusion was gone – the wonders were gone. After the finished wonder – emptiness and desert. Neither the living spirit nor the breeze in flight! Even a mosquito, even a fly, did not buzz in the deadliness.
Meanwhile, in the solitary palace, Parysada waited impatiently for Perwic’s return. For twenty days, every day in the morning, she constantly moved the pearl rosary. But for twenty days the pearls of the rosary moved freely on the golden thread. Then Parysada spoke with a cheerful smile:
„Perwic is alive and well and nothing happened to him!”
Day twenty-one came. Parysada seized the rosary to push the pearls – but in vain!… The pearls were clenched together, and the golden thread was stuck still. In vain was Parysada pushing pearl after pearl, in vain she tried to move them as she had before! Not one pearl moved on the golden pearl!
Parysada went pale, wringed her hands, and said to herself in grief and in agony:
„My brother Perwic died in an unknown retreat and he will not return on a chestnut horse! I would willingly cry, I would gladly cry, but I cannot cry, although crying is appropriate. Who loses time for the tears, knows only regrets. I will follow my brothers in the distance. After all, my gray-haired horse will carry me through the fields, through the lowlands, through the canyons, through the woods!”
Parysada ran to the courtyard, saddled the gray horse, and on a gray horse she drove along the enchanted road, overgrown with sleepy herb, full of silence and muteness, and strange destination.
The gray horse is running, wind is combing his hair, and he is striking sparks with his hooves on the way. Night after night passes, day after day is over – beautiful Parysada does not feel tiredness.
For twenty days was Parysada riding, without slowing down or going off the road.
After twenty days, she saw a rock in front of her, and under the rock a spring.
She jumped off the horse and stood at the spring, under the rock. She barely stood up – and immediately the old dervish came out of the forest to meet her.
“I’m tired, I’m fed up, I’m weary!” cried dervish. „For three hundred and thirty three years I have lived in the world, and I am not allowed to sleep in eternal sleep, and I cannot rest in grave silence. Today is the day of my birthday, and tomorrow my name day. I have lost my father and mother for a long time, and I have long lost my memory, so I do not remember what time I came to the world, and I do not remember my name! Will fate have mercy over me on my birthday or on my name day and will it allow me to finally die, like it allows other people? Or will I have to continue to exist and stand and watch and point out to the young folks the way to the three wonders hidden at the top of the Mountain-Cemetery?”
“Dervish!” cried Parysada. „I just want to ask you to point this way!”
“Crazy girl!” said the dervish. “Never before has a woman dared to go on such a journey! Thousands of knights died there without news, and you, girl weak and inexperienced, want to follow in their footsteps? Two young men went there and no longer returned.”
“ These were my brothers!” Parysada said. “Your warnings are void, dervish. No one and nothing will change my resolution! You better give me advice and tips so that I can avoid danger.”
„I see I will not take you away from your intentions,” said the dervish. „I would like to assist you with advice and guidance. Listen carefully!”
And the dervish told Parysada what he had once told Bachman and Perwic, word for word. He finally took the golden ball from the bag he had at his waist, and handed the ball to Parysada.
Parysada took the ball and said:
„Dervish, do you not have a wad of cotton in your bag?”
„I have,” answered the dervish.
“Give me a lot of cotton wool, because I will use it.”
Dervish gave her the cotton wool and asked, surprised:
“What use will you have of cotton wool in this journey?”
She smiled at Paris and said,
„You say that I will be fighting the invisible ghosts. These must not take any shape, must not appear in the form of monsters or visible fears. They cannot scare my eyes, but they can scare my ears, with whispers and screams they will try to force me to look back.
I will cover my ears with cotton wool – the cotton wool will make all the wails gone. I can get three wonders at the time, and maybe find out what happened to my brothers.”
„You are wise and conceited,” said the dervish. “Let your fate be favored.”
Paris mounted the horse and threw the golden ball ahead of her. The ball rolled until it finally stood at the foot of the Mountain-Cemetery.
Paris jumped off of the horse, throwing his reins freely. The horse stopped, as if unscathed, beside two other horses that Parysada knew instantly.
„Stand, my gray horse, next to the dun one. And may the dun one stand next to the chestnut one. Maybe I’ll come back with my brothers, I’ll give you water! Three horses are needed where three riders are!”
The dusk was already falling. The first star flashed in the heavens. Paris swallowed hard and looked around. She immediately noticed the path-goldedge, which was shining in the dusk with a golden light. Going along path-goldedge, entered Parysada the slope of the Mountain-Cemetery and went boldly ahead, rising higher and faster, thinking alternately about the three wonders and two brothers.
Soon, path-goldedge has expanded into a spacious road, into a vast road.
Quiet and uninhabited it was on the spacious road, on the vast road. Neither the living spirit nor the breeze in flight! Even a mosquito, even fly, did not buzz in the deadliness. Dead and empty, and terrible and uninhabited!
On both sides of the road, in order and disorder, stood and stuck out statues – stone stingers. They stood one by one, statue by statue, stinger by stinger. Long shadows fell from them on the road. Parysada was stepping on those shadows that lay beneath her feet. She stepped and thought:
„Perhaps among these statues there are both my brothers, cursed into dead stone? They stand on the Mountain-Cemetery and with stone eyes look ahead. But stone eyes cannot see the sister who walks the dangerous road. And the stone lips do not have the power to call for help when they complain. Boulder stands by boulder, blind and deaf, and the invisible ghosts circulate around!”
Parysada thought, walking along the spacious road, vast road. The invisible ghosts had noticed her long ago, and they began to confer, with what whispers and screams, what voices, and sounds should they scare this bold girl? With what nightmare frighten her? With what scare scare her? With what jump surprise her? With what darkness cloud her.
They confered, thought, and began to frighten Parysada. They scared her with screaming and snakes’ hissing, and weeping and laughing, and dead breath, murmuring and chirping, threat and lamentation, rustling and crackling, shooting and screaming, whimpering, barking and shouting, moaning and thundering, lightning and thunder! They scared her long and busily, and tirelessly and cunningly… But their efforts were vain! Their invisible work and the cunning of witchcraft were in vain! Parysada did not hear anything. She had cotton wool in her ears, and her bravado was in her soul. She continued on the spacious road, on the vast road, she walked into the cursed, foreign worlds, not taking out the cotton wool. She went all night without rest until dawn, to the morning. The dawn dawned, the blue was bluish, the dew grew on the flowers, silvered in the sun.
Parysada reached the summit of the Mountain-Cemetery. And at the very top – a magical life! Weather and spring, and joyful fairy tale!
Parysada looked into the weather and spring, and in a fairy tale, hidden at the top of the Mountain-Cemetery. She looked – and immediately saw the marble pedestal. And on this pedestal the moss grew sparsely, and on that moss stood a gilded cage. In the cage sat bird Bulbulezar.
He had wings of a peacock, neck – of a swan, beak – of a stork, claws – of a vulture, and eyes – of a swallow. He kept moving his beak, clattering his wings, clenching his claws and gleaming his eyes.
Parysada ran to Bulbulezar and took the cage in her hand. She threw the cotton wool out of her ears and said:
„I am your lady now, and you are my servant. You have to fulfill my every command. I’m not afraid of the invisible ghosts, because they have no control over the one who has your golden cage, and in the cage you, weird Bulbulezar!”
„I’m your servant, and you – my lady!” Bulbulezar replied. „Each of your orders will be fulfilled immediately. You just have to give me a lot of fragrant tobacco, because I like to smoke a pipe, which I usually hide under the wing. This is my only addiction. I do not have any other addictions, vices, habits and fits. As proof of friendship, I will immediately tell you the most beautiful and most terrible fairy tale.”
Bulbulezar grew up, flashed his eye, opened his beak, started talking in a human voice, telling a scare-tale. He whispered, hissed, squinted his eyes, lengthened the long fairy tale… And when he finally finished the fairy tale, he stopped talking, whispering, hissed – he started smoking the pipe proudly.
„Enough of the fairy tales!” called Parysada. „Enough of talking and crowing! I do not have time to lose! Point me straight to the oak-selfplayer.”
Parysada went straight ahead, holding the cage in her hand, and Bulbulezar pointed the way to her.
Soon she saw over the abyss, over the abyss the huge oak, with leaves thickly overgrown. It was oak-selfplayer. The oak was swaying without wind, but it did not rustle, but sang. And it did not sing, but played as if it had the harp. The harpsichord sounded around, shaken, singing, shaken branchly, singing through the leaves.
Parysada listened to the harpious sounds of oak-selfplayer and for a long time she could not stop listening to them, she could not enjoy them enough. She finally recovered from her listening and said:
„Enough of these songs and ringing! I do not have time to lose! Teach me, Bulbulezar, how I should move this oak from the top of the Cemetery-Mountain to my garden. Do I have to dig it out? Should I cut it off with an axe? Should I saw it with a saw?”
„Neither dig out, nor cut off with an axe, nor saw with a saw,” replied Bulbulezar. „Break a small twig off from him and plant it in your garden. The twig will immediately grow into an oak like the one you see in front of you.”
Parysada plucked a twig from the oak-selfplayer and put it in her pocket.
„Tell me now, Bulbulezar, where is stream-goldstreak?”
Bulbulezar pointed the way, and Parysada soon came up the slope of Mountain-Cemetery to the lonely glade.
And at this glade – sunny sunrise, and in the middle of the glade – the pool is framed, and in this pool – stream-goldstreak.
Parysada rushed to the pool and looked into the interior. And in this interior the stream-goldstreak glowed, sparked and gushed in the blue with the gold stream. The stream ran up, splashed in the azure and sank back into the basin with the liquid gold, fell with a beeded rain, shaken by the wind and shiver.
Parysada looked into the stream-goldstreak and couldn’t look at it enough, or marvel at it enough, or enjoy its sight enough.
She finally recovered from her gaze and said:
„Enough of these wonders and looking! I do not have time to lose! Teach me, Bulbulezar, how do I move this stream-goldstreak from the Mountain-Cemetery to my garden. Should I dig the whole pool out from the ground? Or should I draw water from it with a thousand pitchers?”
„There is no need to dig the pool out from the ground, or to draw water from it with a thousand pitchers!” Bulbulezar replied. „Pick the blue campanula flower which grows beneath the pool. Fill this campanula flower with water to the edges – the water will not pour out of the campanula flower. So go ahead and hide it in the pocket. When you return home, you’ll have another pool built in your garden and timbered around. You pour water from the campanula flower to the pool, and that little amount of water will begin to build up and fill your pool to the brim.”
Parysada picked the blue campanula flower, filled it with water from the pool, and put it in her pocket.
„Now tell me, Bulbulezar, what shall I do to make the stone statues come back to the old life?”
„Look back!” Bulbulezar said.
Parysada looked back and saw a rose bush, and in this bush a green pitcher.
„Take the green pitcher from the rose bush,” continued Bulbulezar. „This pitcher is full of resin juices. Sprinkle the stone statues with the resin juice, and all of them will come to life and turn into the knights.”
Parysada grabbed the green pitcher and ran on the spacious road, onto the vast road, where the statues – stone stingers stood. She was holding the pitcher in one hand, and in the other the cage with Bulbulezar
On the spacious road, on the vast road stood immobile statues. They were in deep sleep, cursed sleep, invincible sleep.
Parysada runs to the statues and sprinkles them in turn with resin juice from a green pitcher. The resin juice drains over the stone. The stone is moving – the soul is alive in it. Statue after statue, stinger after stinger wakes up. Wakes up and sighs, wakes up, changes into a knight, and twists a mustache. He twists his mustache, and lifts his face, and reminds himself of something, looking around!
Already thousands of statues has Parysada sprinkled with the resin juice. They all woke up from a deep dream. The crowds of knights came to a halt on the spacious road, on the vast road. They came to a halt, they thought about what had happened to them. They remembered the past, remembered the dreams dreamt and the stone stupor, and wonderful awakening.
Parysada approached the two statues that stood next to each other, looked at them and said:
„Statue by statue, boulder by boulder stands… The heart tells me that these are my brothers!”
Parysada sprinkled both statues with the resin juice – and they both shook with lives from head to toe. One turned into Bachman and the other to Perwic.
„Our sister!” Bachman and Perwic called, seeing Parysada. „We were dreaming that we were home with you, while we are on some unknown mountain. We cannot recall what bechanced to us? We cannot understand what happened to us?
„I’ll tell you what happened to you,” Paris replied. „You slept deeply, and I woke you up.”
„What a strange bird you have in the cage?” Bachman asked, perceiving the golden cage in Parysada’s hands.
„It is bird Bulbulezar,” Parysada replied. Having heard this name, Bachman and Perwic recalled everything from the beginning to the end – from the moment when they left the palace for the cursed journey, until the moment when under the influence of invisible fear they looked back.
„Parysada!” Perwic called. „I guess you won against the invisible ghosts, and you ruled over the three wonders.”
„Do not ask me any questions now, because I have no time!” Parysada said. „The last three statues are waiting to be awakened. I need to sprinkle them with resin juice.”
Parysada approached the last three statues and sprinkled them with resin juice. The two woke up and turned into the knights, but the third one remained a statue – a stone stinger.
“Bulbulezar!” Cried Parysada. „Why did the third statue not awaken, though I sprinkled it with resin juice?”
„That is not my fault, I cannot do anything about it!” Bulbulezar said. „The mysterious fate has given a judgment that only your tears can awaken that statue from the deep sleep.”
„I cannot cry,” Paris said, „so I cannot sprinkle it with tears.”
„Tell your brothers to bring this statue to your palace,” replied Bulbulezar, „put him in your room, and maybe you’ll manage to wake him up from sleep at some point.”
„Bachman, Perwic!” cried Parysada. „Take the statue on your shoulders and take it to the palace.”
Bachman and Perwic took the statue on their shoulders and stood ready for the way.
In the meantime, the knights reminded themselves of everything from the beginning to the end, from the moment when they had gone from their homes for the cursed journey, until under the influence of invisible fears they looked back. They got to understand they had slept in deep sleep, transformed into statues, and that beautiful Parysada woke them up from this sleep.
They encircled Parysada and thanked her with beautiful words and bow, and delighted look.
„Brave knights!” cried Parysada. „Do not waste your time on words, on bows, on looks, on delights! The deep sleep has passed and the evil charm has died! Go back to your countries and to your palaces. Me and my brothers are hurrying home too.”
The countless knights with Parysada, Bachman and Perwic at head began to descend from the Mountain-Cemetery along the spacious road, vast road.
They soon came to the path-goldedge and along path-goldedge they slid down to the foot of Mountain. Between the trees and bushes stood faithful horses, waiting for the return of their masters. Parysada had never seen them before, because she was too busy with her journey. It was only now that between trees and bushes she saw the thousands of faithful horses Horsemen knelt together, they worshiped Parysada again and they fled – each to their country, to their homeland.
There were only three horses: dun, chestnut and gray. Parysada ascended her gray horse, and Bachman – his dun horse, and Perwic – his chestnut horse.
Horses broke into the run, dust dangled behind them.
Bachman and Perwic moved the stone statue alternately, and Paris carried a cage with Bulbulezar.
They rode and rode until they reached the place where the rock was, and beneath the rock there was the spring. Near the spring, corpse of the dervish lay beneath the rock. It was his name day. After three hundred and thirty three years of futile search, at last he fell into eternal sleep. Parysada and her brothers dug a deep grave and buried the dervish to rest in the grave silence.
Having buried the dervish, she jumped on her gray horse and rushed forward, followed by Bachman on the dun horse and Perwic on the chestnut horse. They rode until they finally reached their palace.
Immediately, Parysada planted a twig of oak-selfplayer in her garden. The twig grew in a single gigantic oak tree, singing, ringing, playing, as if it had a harp in it.
Afterwards, Parysada ordered to erect a pool in her garden and poured water into the pool from the blue campanula flower. The water sputtered, filled the whole pool to the brim and shot up towards the blues with a gold stream.
Parysada set the cage with Bulbulezar on the window of her room, and next to the window she placed the stone statue.
It was only then that Parysada told her brothers how she got to the top of the Mountain-Cemetery and how she woke them up from the deep sleep.
The brothers listened intently to her story and opened their eyes, and opened their mouths, and they were surprised, and they could not help the admiration.
„You are wise and brave!” they called. „We are proud of having such a sister!”
Parysada often looked at the stone statue in her room and said with sadness:
„How will I wake you up, stone statue, when I cannot cry! I do not know who you are, but whenever I look at you, my heart beats harder in my chest.”
One day, Bulbulezar said to Parysada:
„Bend down to me, I will hit your cheek with my beak and the wart will pop out on your cheek from that hit.”
„Terrible bird!” cried Parysada angrily. „Do you not know that I am the most beautiful of all the girls in the world? I have smooth and pure complexion, and white as snow. I feel that if a wart showed up on my cheek, I would cry with wistful tears for the first time in my life.”
„That’s what I want!” said wise Bulbulezar. „This is the only way to enslave you to cry. Hot and sincere tears will spring from your eyes. You will sprinkle the stone statue with these tears and restore it with life.”
Parysada thought deeply, and after a short thought she brought her face closer to the cage. Bulbulezar immediately struck her on the cheek. On the cheek of Parysada appeared a wart – ugly, unbearable, nasty, awful!
Parysada to the mirror, looked into his depth, and – she turned pale.
„Misfortune, misfortune!” she cried, wringing her hands. „I stopped being the most beautiful of all the girls in the world! I have an ugly, unbearable, nasty, awful wart on my cheek!”
And Parysada was crying so earnestly, so much so that even the Bulbulesaur, at the sight of her despair, began sobbing in the cage.
„It was me, Parysada!” he exclaimed in a moving voice. „Get closer to the statue and sprinkle it with tears.”
Parysada sprinkled the statue with tears. The statue moved, sighed deeply and turned into a beautiful prince.
„Paris!” said the prince. „I waited for your tears for a long time, but finally I came by them. Thanks to you I stopped being a dead stone and I live again! I’m a prince. My country is right next to your garden. I want you to be my wife. Today we shall make ourselves a great wedding, and you shall reign in my kingdom.”
„Prince!” whispered Parysada. „I have always wanted to be a wife of a young man like you. I just do not know if I have the right to marry you?”
„What’s the obstacle for you?” asked the prince again.
„There is an ugly, unbearable, nasty, awful thing on my mind.”
„What is this thing called? asked the prince again.
„Wart,” Parysada whispered, lowering her eyes in shame.
Only now did the prince see the wart on the cheek of Parysada.
„Parysada! called Bulbulezar. „Take off the diamond signet from the finger of the prince and touch the wart with the diamond of this signet – and it will disappear immediately.”
Parysada did that, and the wart was gone.
„Now there is no obstacle against my marrying the prince!” exclaimed Parysada.
The prince took her hand and led her into his kingdom. On that day, there was a big wedding, and at the wedding Parysada ordered to move three wonders to her new palace and garden. Guests ate, drank, had a great time! They were dancing, they were gamboling, they were surprised! Both Bachman and Perwic were at the wedding. The prince hugged them affectionately, called them his brothers, spoke to them by name and was very affectionate to them, patted them on the shoulder and gave them prince titles.